niedziela, 25 grudnia 2016

Raduj się ziemio, masz Króla u siebie


ckliwe obrazki

Stajenka, żłóbek, sianko,
aniołowie, pastuszkowie, trzej królowie
wołek i osiołek
miło, przyjemnie

tradycja wyrobiła ckliwy obrazek, który mamy przed oczami, wypowiadając oklepane, konwencjonalne życzenia: pogodnych i spokojnych świąt...

"Spokojnych"?

Na narodzenie Boga i Jego zrezygnowanie z wszechmocy z miłości do człowieka mamy reagować... spokojem?

Przyjście Jezusa na świat nie jest ckliwe i nie jest spokojne. Jest dynamiczne i prowadzi do nieodwracalnych zmian! To punkt zwrotny w dziejach ludzkości i w zyciu każdego człowieka, a zdradliwa tradycja każe nam na to odpowiadać "spokojnie".  Skupić się na karpiu, pośpiewać parę kolęd w gronie najbliższych, pójść na pasterkę.

Nie ufaj ckliwym obrazkom, bo one sprawiają, że wydaje nam się, że jest  dobrze, przez co dążymy do utrzymania status quo.  A poznawanie Boga to na pewno nie słit obrazek. To nieustanne drążenie surowej skały,  dynamizm, przełamywanie konwenansów, gdy trzeba, to  ciągłe szukanie Zbawcy, dobijanie się...

***

Oblubieniec przyszedł do swojej przyjaciółki i to się liczy :)

środa, 7 grudnia 2016

Veni, veni...


Pan Zastępów przygotuje dla wszystkich ludów na tej górze ucztę z tłustego mięsa, ucztę z wybornych win, z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win. Zedrze On na tej górze zasłonę, zapuszczoną na twarz wszystkich ludów, i całun, który okrywał wszystkie narody; raz na zawsze zniszczy śmierć. Wtedy Pan Bóg otrze łzy z każdego oblicza, zdejmie hańbę ze swego ludu na całej ziemi, bo Pan przyrzekł. 
I powiedzą w owym dniu: Oto nasz Bóg, Ten, któremu zaufaliśmy, że nas wybawi; oto Pan, w którym złożyliśmy naszą ufność; cieszmy się i radujmy z Jego zbawienia! Albowiem ręka Pana spocznie na tej górze. Moab zaś będzie rozdeptany u siebie, jak się depcze słomę na gnojowisku; i wyciągnie tam na środku ręce, jak pływak je wyciąga do pływania, lecz Pan upokorzy jego pychę razem z wysiłkami jego rąk. Niezdobytą twierdzę twoich murów On zgniecie, zwali, zrzuci na ziemię, w proch. 
W ów dzień śpiewać będą tę pieśń w ziemi judzkiej: "Mamy miasto potężne; On jako środek ocalenia umieścił mur i przedmurze. Otwórzcie bramy! Niech wejdzie naród sprawiedliwy, dochowujący wierności; jego charakter stateczny Ty kształtujesz w pokoju, w pokoju, bo Tobie zaufał. 
Złóżcie nadzieję w Panu na zawsze, bo Pan jest wiekuistą skałą! Bo On poniżył przebywających na szczytach, upokorzył miasto niedostępne, upokorzył je aż do ziemi, sprawił, że w proch runęło; podepczą je nogi, nogi biednych i stopy ubogich".

czwartek, 1 grudnia 2016

zaufać Ogrodnikowi

Ponieważ Adwent się zaczął, a ziemia przychyla ku zimie... dzisiejszy wpis będzie o wiośnie. I trochę o jesieni ;)

Od kilku lat coraz bardziej doceniam wiosnę - znak, że się starzeję, bo już wyszłam z wieku spod znaku "Melancholia jesienna - to jest to!". Pojawia się niepowtarzalna żółtozieleń, wszystko rodzi się na nowo, robi się ciepło, sadzi się warzywa na lato, żeby mieć swoje... Dodatkowo od paru lat jest coraz więcej narcyzów, a mój sentyment do tych kwiatów nie zna granic. Jest jeden problem z narcyzami - trzeba pamiętać jesienią o posadzeniu cebulek. Przyznam, że ostatniej wiosny wysyp narcyzów wywołał u mnie lekkie zirytowanie, że nie pomyślałam o posadzeniu cebulek przed zimą i w moim ogrodzie wprawdzie jest rabarbar, ale narcyzów nie ma! No i czy to nie jest jakiś wybryk natury, że w XXI wieku, kiedy wszystko można mieć na już, nie można sobie w każdej chwili posadzić cebulek, tylko trzeba czekać? 

Tej jesieni posadziłam 35 cebulek. Było zimno, nieprzyjemnie się pracowało. Właściwie to zupełnie odechciało mi się sadzenia cebulek. Myślałam: Tak nie powinno być, praca w ogrodzie powinna być tylko wiosną i latem, a jesienią należałoby tylko posprzątać, przekopać i kropa. Bo trudniej sadzi się wiosenne kwiatki, jak wszystko dookoła zimne i mokre, drzewa prawie gołe, liście leżą na ziemi... Jak tu w ogóle wyobrazić sobie tę wiosnę? Posadziłam w końcu te cebulki, ponieważ mam jednak mglistą wizję, że wiosną będzie ładnie, że jak nie posadzę ich, nie będę miała kwiatów. A pozwalam sobie na takie "przepowiadanie przyszłości", bo wiem jak system działa: że po zimie przychodzi wiosna, wszystko rodzi się do życia i narcyzy kwitną.

***

Kiedy przeżywamy trudności w życiu, jest mokro, nieprzyjemnie i liście spadają... wcale nie oznacza to, że od razu jutro zaświeci słońce. Nie - jeszcze po tej jesieni nadejdzie sroga zima. A może łagodna... W każdym razie niekiedy naprawdę po jesieni, kiedy myślimy, że już gorzej być nie może, nadchodzi mróz. 
Jednak podczas tej naszej jesieni Ogrodnik przechadza się po ogrodzie i pieczołowicie sadzi cebulki Uśmiecha się szeroko i myśli: "Tak, ten czas jest odpowiedni, ziemia jest teraz idealna". My nie widzimy przyszłości, ale Ogrodnik wie, jak system działa. 


Ogrodnik spogląda na Adama i mówi:
- Chodź, pomożesz mi i będziemy razem sadzić kwiaty. Podaj mi, proszę, tę łopatę.
Adam patrzy na spokój i radość Ogrodnika z niedowierzaniem. 
- Czy nie lepiej wszystko posadzić, kiedy będzie ciepło i przyjemnie? Będzie nam się szybciej pracowało.
- Teraz jest czas.
- Ale będzie zima... mróz i śnieg zniszczą cebulki.
- Nie zniszczą. Teraz jest czas.
- Ale jest mi zimno.
- Masz tu mój sweter. Teraz jest czas.

Adam nie rozumie. Wzrusza ramionami i sceptycznie podaje Ogrodnikowi łopatę. Po chwili zasypuje cebulki ziemią. Zachowanie Ogrodnika wydaje mu się nielogiczne i absurdalne, uprzedzano go, że Ogrodnik czasami wydziwia. W końcu Adam postanawia zaufać Ogrodnikowi i w milczeniu sadzą kwiaty. Miękki sweter z najlepszej wełny otula Adama.








wtorek, 22 listopada 2016

św. Cecylia

Z komentarza św. Augustyna, biskupa, do Psalmów
(Ps 32, kazanie 1, 7-8) 
Śpiewajcie pięknie Panu z okrzykami radości

"Sławcie Pana na cytrze, śpiewajcie Mu przy harfie o dziesięciu strunach". Odrzućcie wszystko, co dawne, wy, którzy poznaliście pieśń nową. Do ludzi nowych należy Nowe Przymierze i nowa pieśń. Pieśń nowa nie jest dla ludzi dawnych. Uczą się jej jedynie ludzie nowi, którzy dzięki łasce ze starych stali się nowymi i przynależą do Nowego Przymierza, do królestwa niebieskiego. Ku niemu wzdycha cała nasza miłość i śpiewa pieśń nową. Niech śpiewa ją nie językiem, ale życiem. 
"Śpiewajcie Jemu pieśń nową, pięknie Mu śpiewajcie". Zapyta ktoś, w jaki sposób mam śpiewać Bogu? Śpiewaj, ale nie fałszuj. Nie wolno ranić Jego uszu. Śpiewajcie pięknie, bracia moi. Kiedy śpiewasz przed kimś, kto się zna na muzyce, a powiedzą ci, śpiewaj tak, abyś się spotkał z uznaniem, wówczas nie mając wykształcenia muzycznego, wzbraniasz się, abyś przypadkiem nie zasłużył na naganę artysty. To bowiem, czego niedoświadczony nawet nie zauważy w twoim śpiewie, artysta dostrzeże i zgani. A któż się podejmie śpiewać pięknie wobec Boga, wobec Tego, który w taki właśnie sposób ocenia śpiewającego, który dostrzega wszystko, który wszystko słyszy? Kiedyż potrafiłbyś okazać taką doskonałość śpiewu, aby w niczym nie urazić tak doskonałych uszu? 
Otóż Bóg sam wskazuje ci niejako sposób śpiewania. Nie szukaj słów, jak gdybyś był w stanie wyrazić to, w czym Bóg znajduje upodobanie. Śpiewaj z okrzykami radości. Śpiewać pięknie Bogu, to znaczy śpiewać z radością. Co znaczy śpiewać z radością? Znaczy to, aby rozumieć, że nie można wyrazić słowami tego, co śpiewa się sercem. Bo też ci, którzy śpiewają czy to w czasie żniwa, czy winobrania, czy też podczas jakiejś napełniającej radością pracy, z początku wyrażają swą radość w słowach, ogarnięci jednak niewypowiedzianą radością, porzucają słowa i wydają okrzyki radości. 
Okrzyk radości wskazuje, że serce wypełnione jest uczuciem, którego nie można wypowiedzieć. Komuż może się ono należeć najbardziej, jeśli nie niewysłowionemu Bogu. Niewysłowionym bowiem jest Ten, którego nie możesz zamknąć w słowach. Jeśli zaś nie potrafisz Go wypowiedzieć, a nie wolno ci milczeć, cóż innego pozostaje, jak wznieść okrzyk wesela? Niech więc twe serce raduje się bez słów, niech bezgraniczna twa radość nie zamyka się w granicach słów. "Śpiewajcie pięknie z okrzykami radości".



wtorek, 15 listopada 2016

do góry nogami



 
Spraw, Panie, abym korzenie mego drzewa zapuścił w niebie, a nie na ziemi, aby moja wierność ukazała się nie w liściach słów, ale w owocach dobrych czynów.

wtorek, 8 listopada 2016

zdradzonym

Jeśli na kimś się zawiedziesz,
ktoś Cię zdradzi
rozczaruje
lub po prostu sprawi, że poczujesz się zdegustowany

nie płacz.


Uśmiechnij się nie nazbyt szeroko
i podziękuj Bogu,
bo na przyszłość będziesz wiedział,
że nie można na tej osobie polegać ;)

sobota, 5 listopada 2016

Bóg - nasza współczesna metafora

Czasami w różnego rodzaju kierownictwie duchowym, konferencjach, kazaniach słyszy się pytanie Co byś zrobił, gdyby stanął przed Tobą Chrystus?

To pytanie wydaje się o tyle wygodne, że jest owiane aurą gdybania. Siedząc wygodnie w fotelu w na wskroś racjonalnym świecie, łatwo sobie pogdybać. Bo Bóg i tak nie przyjdzie. 
Łatwo nam się rozważa takie pytania, kiedy tak naprawdę nie uwzględniamy takiej możliwości. To trochę jak z wojną: Co byś zrobił, gdybyś miał schronić uciekiniera z obozu? Najłatwiej dumnie wypiąć pierś i oznajmić: Schowałbym go w piwnicy i stanąłbym na straży. "Najłatwiej", bo druga wojna światowa to zamierzchłe czasy i tak naprawdę nigdy w pełni w wyobrażeniach i hipotezach nie wejdziemy w sytuację tamtych ludzi.

Dopóki nie przeżyjemy, nie poznamy.

Co byś zrobił, gdyby stanął przed Tobą Chrystus?
Wydaje mi się, że to pytanie wzbudza jednak nieco egocentryczne refleksje. Człowiek skupia się na sobie, zastanawiając się nad własnym zachowaniem, a Chrystus jest jedynie jakimś elementem dekoracyjnym w tej scence rodzajowej. Może warto by było inaczej to pytanie zadać: Czy wierzysz, że Chrystus mógłby przed Tobą stanąć? Co Chrystus by zrobił, gdyby przed Tobą stanął?
Współcześnie Bóg stał się dla wielu chrześcijan metaforą, a Jezus - symbolem "dobrego" życia. To spłaszczenie prowadzi do sytuacji, w których wątpi się w realną i namacalną ingerencję Boga w nasze życie. Wygodnie jest stwierdzić, że Bóg zmienia nasze serca i nastawienie tak ogólnie, bo to w zasadzie nie jest sprawdzalne. Więc nikt nikomu nam nie może nic zarzucić. Osoba niewierząca po prostu pokiwa głową, stwierdzi, że taki masz światopogląd i tyle. 

Wszystko komplikuje się, kiedy  mowa o prawdziwej ingerencji Boga. Bo to już jest dziwne ;)
Ksiądz, który na kazaniu dla dzieci mówi, że Jezus osobiście do nich nie przyjdzie, bo to taka przenośnia, więc Jezus przychodzi przez dobre uczynki, drugiego człowieka itp., wpisuje się w ten paradygmat współczesnego myślenia: Bóg tak, ale niech lepiej będzie jako metafora. A przecież cała nasza wiara jest oparta na objawieniach i ingerencjach. Na kartach Biblii Bóg wchodzi w historię i owszem, przemienia serce człowieka, ale też fizycznie zmienia rzeczywistość. 


Skąd się bierze metaforyzacja Boga? Na pewno przez wygodę i egocentryzm. Uznanie bowiem realnego Boga ingerującego w nasze życie, oznacza potrzebę zmierzenia się ze współczesnym paradygmatem, który głosi, że Bóg umarł. Ponadto współczesny świat zrobił coś genialnego: nie wykluczył Boga, a jedynie sprowadził go do pewnych, powierzchownych zresztą, zasad moralnych. Często pojawia się argument "dobrego obywatela": Kowalski jest dobry, nie zabija, nie oszukuje, jest życzliwy, pomaga sąsiadom, więc Bóg go nie odrzuci tylko dlatego, że nie chodzi do Kościoła. Ha! Kowalski nawet mógłby chodzić do Kościoła dzień w dzień, ale bez wiary i chęci wejścia w relację z Bogiem, to sobie może dalej być dobry i pomagać sąsiadom. Ten argument jest niezwykle przewrotny i sprowadza Boga do symbolicznego uosobienia pewnych zasad moralnych. I to niestety wkrada się także do wspólnot w Kościele, które całą swoją energię wkładają  w formację. Formacja, formacja, formacja. Jesteśmy super bo mamy formacje. Hehe! Judasz też miał formację. Oczywiście formacja jest ważna, ale nie może przesłonić gwoździa programu.
Katolicki (a szerzej chrześcijańska) aktywizm nie ma sensu bez osobistego spotkania z Bogiem.

Będąc jeszcze w klimacie dnia Wszystkich Świętych, nawiążę na koniec do kwestii cudów. To jest coś niezwykle trudnego do przyjęcia przez niektórych katolików. Wiadomo, że zwiastowanie przyjmujemy z założenia - jest to zbyt ważny aspekt naszej wiary, żeby je odrzucić (poza tym każdy się boi zostać heretykiem). Ale już objawienia świętych, apokalipsę (kolejna "metafora"!), cuda eucharystyczne... no to już można kwestionować. Bo to dziwne, bo to egzaltowane..(Wiadomo, jak coś nie zostało zbadane, warto utrzymać dystans!)  Biskup Ryś komentując chrzest Mieszka I (tym samym Polski) stwierdził, że należy pokornie podchodzić do naszych sądów na temat intencji ludzi żyjących w średniowieczu, bo oni mieli zupełnie inne myślenie. No tak. Zresztą współcześnie chętnie wskazuje się na pluralizm kulturowy i zróżnicowane myślenie osób z odległych sobie kultur. Warto pamiętać, że te różnice kulturowe istnieją też w perspektywie diachronicznej, historycznej.
Nie sposób więc oceniać mistyków - oni byli tak jakby z innego kręgu kulturowego :)

To taki dość toporny wpis (długi i może nieco chaotyczny), ale podsumowując, życzę nam, katolikom, silnej wiary w to, że Bóg naprawdę jest osobą, który namacalnie zmienia naszą rzeczywistość. Nie zawsze (wiadomo, nie wszyscy mają objawienia i cuda - niektórzy mają tak silną wiarę, że ich nie potrzebują ;P), ale chyba warto być na to przygotowanym i otwartym.


Chciałabym kiedyś uczestniczyć we mszy, na której wszyscy, łącznie ze mną, dostaliby taki dar wiary, że wstrzymaliby oddech w trakcie przemienienia.


----

A poza tym dzisiaj widziałam dzięcioła czarnego! :D 

niedziela, 16 października 2016

nie czekaj


Nie czekaj do jutra, by zostać świętym.
Jutro może przyjść jutro. Albo za tydzień. Albo, jak w piosence, za tysiąc lat.
Jutro inne obowiązki zajmą ci myśli: nadgodziny, dodatkowe próby w teatrze, sprzątanie przed przyjazdem gości, karmienie kota sąsiada. I na twojej długiej liście "Zadania na dziś" podpunkt "Zostać świętym" znów pozostanie nieodhaczony.

Bóg zaś dalej będzie cierpliwie czekał.

Tylko właściwie po co Bóg ma czekać?

***

Bądź świętym, wyrabiając nadgodziny, cicho błogosławiąc szefowi i posyłając uśmiech sprzątaczce - jedynej towarzyszce w pustym biurze,
Bądź świętym na deskach teatru, powtarzając w kółko tę samą kwestię.
Bądź świętym, myjąc okna, żeby promienie słońca wchodzące przez szyby mogły przywitać gości w twoim domu.
Bądź świętym, zostawiając rybę na talerzu.

Wreszcie zatrzymaj się na stoku przed zjazdem. Otwórz Księgę Psalmów i spędź z Bogiem trochę czasu.

Nie odpoczywaj.
Jak mawiał św. Jan Paweł II, odpoczywać będziesz w wieczności



sobota, 8 października 2016

dziś wpis tragikomiczny...




...bo jest jak jest .



Objawy niedoboru magnezu:


Pytanie zasadnicze: 

Dlaczego Uniwersytet Wrocławski wypłukuje magnez?


; 0

sobota, 1 października 2016

sobota, 24 września 2016

czekamy, czekamy... i nic

"Bóg bardziej pragnie Twojego serca niż Twojego uzdrowienia"

Dziś relacja z katolickiej myśli amerykańskiej (tej okej).

Ks. Mike Schmitz na Ascension Presents dodał ostatnio swoje refleksje dotyczące uzdrowienia człowieka, w których odpowiada, czy Bóg nas uzdrowi z naszych słabości. Podał przykład św. Katarzyny Sieneńskiej. Dzięki Rajmundowi z Kappui oraz tekstom Katarzyny mamy bardzo dokładny opis życia mistyczki. Współcześnie psychologowie rzucają na tapetę jej biografię, w wyniku czego niektórzy stwierdzają, że psychoanaliza pokazuje, że jej nadludzki post wynikał po prostu z anoreksji, a jej śmierć była rezultatem zagłodzenia.

Ile w tym prawdy - nie wiem. Wydaje się to możliwe, jednak wiedząc też, jak nasza współczesna refleksja naukowa nie przystaje do czasów sprzed epoki oświecenia (bo świat obiektywnie rządzi się teraz innymi prawami i to tak jak porównanie marchewki i pomarańczy) i również nie przeczytawszy tej psychoanalizy, nie potrafię się wypowiedzieć. Schmitz jednak w swojej delikatności i otwartości zakłada, że psychoanaliza mogła pokazać jakąś prawdę o naszej świętej. Opowiada więc o swojej  rozmowie z kierownikiem duchowym.
 - ...bo okazuje się, że być może św. Katarzyna miała zaburzenia psychiczne i ta anoreksja nawet mogła być przyczyna jej śmierci. I co ty na to?
- No. I co? - odpowiada kierownik.
- No a jeśli naprawdę miała anoreksję?! I anoreksja była przyczyną jej postów. Co możemy powiedzieć o jej świętości w tym kontekście?
- No. I co?
- ?!
Kierownik spokojnie odpowiada:
- To tylko pokazuje, że Bóg uświęcił ją pośrodku jej ciemności i słabości.

Schmitz powołuje się też na cierpienie św. Pawła, o którym autor listów pisze dość enigmatycznie, ale  wyraźnie wskazuje, że mimo próśb Bóg nie zabrał mu tej słabości, odpowiadając na jego modlitwy słowami: wystarczy ci mojej łaski.

"Pójdę za Tobą wszędzie, Boże, ale uzdrów mnie, zabierz tę słabość, to wtedy mogę góry przenosić". Tak często myślimy. Wchodzimy wtedy we współczesny liberalny paradygmat, definiując wolność jako możliwość robienia, czego chcę. Tymczasem wolność w ujęciu Bożym jest inna: wolność to możliwość wyboru, w każdej sytuacji życiowej, między tym co dobre a co złe.
Wolność zatem w rozumieniu chrześcijańskim jest stateczna i stała; tymczasem w liberalnym ujęciu im więcej mogę, tym bardziej jestem wolny. Zatem im mniej mam słabości i ograniczeń, tym bardziej jestem wolny,

A dla Boga słabości nie są żadnym ograniczeniem. Paweł pisze: Do wszystkich w ogóle warunków jestem zaprawiony: i być sytym, i głód cierpieć, obfitować i doznawać niedostatku. Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia.

Bóg przychodzi w każdej sytuacji. Bóg uświęca każdą sytuację. 

I czasem trudno jest zrozumieć różne doświadczenia życiowe, słabości, grzechy, które gdzieś się za nami upierdliwie ciągną. I można, a nawet warto, pytać w modlitwie "Dlaczego?". Ale w tym wszystkim, niezależnie od tego, ile zrozumiemy, Bóg zawsze przychodzi uświęcać nasze ciemności.Bo bardziej pragnie naszego serca niż naszego uzdrowienia

I to jest prawdziwa nadzieja.


A nie jakiś pierdu-pierdu coaching, czy irracjonalnie optymistyczne spojrzenie na świat ;P



piątek, 9 września 2016

czego byś nie sprzedał?



Życie daje nam rzeczy, doświadczenia, relacje, wspomnienia... które po prostu nie są na sprzedaż.

Inne jednak można spokojnie oddać za darmo.
A w razie braku kupców dopłacić lub dorzucić temperówkę gratis.

Bon Jovi "This house is not for sale"

czwartek, 8 września 2016

relacja

(...) dzisiejszą sytuację charakteryzuje to samo napięcie między dwiema przeciwstawnymi tendencjami, które obecne są w całych dziejach: są to z jednej strony wewnętrzne otwarcie ludzkiej duszy na Boga, a z drugiej - moc różnych bezpośrednich potrzeb i przeżyć.  Człowiek poddany jest ich działaniu. Nie potrafi się wyzwolić od Boga, ale nie ma też dość siły, aby wejść na drogę, która ku Niemu wiedzie; sam nie może zbudować mostu, który prowadziłby do konkretnej relacji z Bogiem. Można powtarzać za świętym Tomaszem, że niewiara jest czymś nienaturalnym, ale trzeba zarazem dodać, że człowiek nie może całkowicie rozwiać ciemności, które otaczają kwestię Wiecznego, tak że jeśli ma dojść do prawdziwej relacji z Bogiem, Bóg musi wyjść mu naprzeciw, musi do niego przemówić.
Jak to się może stać? (...) Otóż odpowiedź jest taka: Słowo Boże dociera do nas poprzez ludzi, dla których Bóg stał się konkretnym doświadczeniem i którzy znają Go - jeśli tak można powiedzieć - z pierwszej ręki. (...)
 Rzeczywiście, abym mógł uczestniczyć w wiedzy kogoś innego i doświadczyć jej we własnym życiu, sam muszę być otwarty na Boga. Tylko wówczas gdy mam w sobie odpowiedni organ recepcji, dźwięk Wiecznego może dotrzeć do mnie poprzez innych. (...) Poznanie Boga wymaga wewnętrznej czujności, uświadamia sobie swoją bliskość ze Stworzycielem. Zarazem jednak prawdą jest to, że Bóg nie otwiera się przed "ja" odizolowanym od innych, że wyklucza indywidualistyczne zamknięcie. Relacja z Bogiem jest związana z komunią z naszymi braćmi i siostrami.
J. Ratzinger Patrzeć na Crystusa, przeł. J. Merecki 


 Chrześcijanin powinien  modlić się o dwie rzeczy. Po pierwsze, żeby starczyło mu w życiu świadków Bożej miłości. Po drugie, żeby on sam znalazł się w grupie świadków, która wystarczy innym.
Bez heroizmu czy napuszenia.
Tak po prostu; jak jeden z wielu świętych.
Tak o...
naturalnie

niedziela, 4 września 2016

znaleźć odpowiednią wysokość


Żeby medytować nad Słowem, trzeba wspiąć się na górę. Trudno modlić się Słowem danym z góry, trzymając uparcie nos w trawie, dlatego Bóg tyle razy na kartach Biblii powtarza: "Wyjdź na górę". Tam, na górze, Bóg przygotowuje dla człowieka doświadczenie prowadzące do głębszego poznania. 

Wysokie, trudne góry uczą pokory. Człowiek skupia się na drodze, wysila mięśnie, zaciska wargi, poci się, by w końcu dotrzeć na szczyt i móc podziwiać to, co zostało nam dane w Genesis. Na wysokim szczycie można się zachłysnąć dziełem Boga: wspaniałymi masywami górskimi, cudownymi widokami.

- Adamie, co o tym myślisz? Podoba Ci się mój prezent dla Ciebie?
- Słucham - rozkojarzony Adam nie może oderwać wzroku od widoków, więc tylko kątem oka spogląda na Boga - Eee no tak, Tato. Brak mi słów... Dziękuję...

Niskie góry są inne: nie namęczysz się, nie ma kamienistych, niebezpiecznych dróg, brak przepaści. Wejście na szczyt jest bezbolesne. Widoczki malownicze, ale bez efektu katharsis. Zdobywcy Tatr patrzą pobłażliwie na mało ambitnego, słabego amatora Beskidu. Kilkoro z nich zaśmieje się cicho pod nosem. Amator Beskidu  zaś, pogwizdując wesołą melodię, siada na pniu i ogląda widoki. Wszędzie takie same. Jakieś coś, a jednocześnie - nic. Amator Beskidu ogląda surowy, niezmienny obraz starych gór. Bierze głęboki wdech i słucha.

- Adamie, co o tym myślisz? Podoba Ci się mój prezent dla Ciebie?
- Bardzo ładne, Tato. Ale wczoraj widziałem to samo. Przedwczoraj też. Przed godziną też. Lepiej mi coś opowiedz.
- No dobrze - odpowiada Bóg i siada obok Adama. Oglądają spokojny, skromny krajobraz, Adam milczy wpatrzony w horyzont, a Bóg mówi.


Wysokie góry są piękne i rzeczywiście uczą pokory. Jednak szczyt dostarcza zbyt wielu bodźców zmysłowych, by móc się zatopić w spotkaniu z Bogiem. W medytacji potrzeba, żeby Bóg zapierał dech w piersiach, a nie Jego dzieła. 

Wysokie góry to miejsce uwielbienia. Niskie góry to miejsce medytacji.

Nie można siedzieć z nosem w trawie; warto wspiąć się na odpowiednią wysokość wejść, żeby usłyszeć głos Boga.


niedziela, 21 sierpnia 2016

Spectre

Powroty nie należą do najłatwiejszych i najprzyjemniejszych wydarzeń.
A przynajmniej nie zawsze.
To jest mechanizm, który działa na tej samej zasadzie, co spotkanie z dzieckiem po dwóch latach. Dynamizm zmiany dziecka, gdy jest małe, czasami okazuje się niezwykle trudny do przyjęcia. Stąd każdy z nas pamięta słowa cioć i wujków z dzieciństwa:
"Ale urosłeś!", "Ach! Zmieniłaś się nie do poznania" "Już niedługo przerośniesz mamę"
Dziecko najczęściej wtedy marszczy brwi myśli sobie: "Pierwszy raz tę ciotkę na oczy widzę", ale w subtelności swojej powstrzymuje się od komentarzy. 
Prawda jest taka, że ciotka i wujek też się zmienili w ciągu tych dwóch lat, natomiast łatwiej dostrzec wyraźne zmiany u innych niż swoją własną ewolucję. To oczywiste i całkiem naturalne.

Powrót w miejsce, które coś dla nas znaczy, spotkania z ludźmi, których kiedyś się znało i niejedno przeżyło, wywołuje podobne zdumienie. Im lepsze wspomnienia związane z danym miejscem, tym trudniej się przyjmuje zmiany. Ma się silne pragnienie, żeby wszystko zostało niewzruszone, idylliczne. Jednocześnie im bardziej miejsce pozostaje odległe (czasowo i przestrzennie), tym większa jego idealizacja. Oczywiście "miejsce" rozumiem tu znacznie szerzej; chodzi bowiem o różnego rodzaju relacje, spotkania, wydarzenia...
Tymczasem, wracając do tego miejsca, nierzadko natrafiamy na zgliszcza i spaloną ziemię.

W filmie "Duża ryba" Tima Burtona główny bohater młody Edward Bloom wyrusza ze swojego rodzinnego ciasnego miasteczka z zuchwałym i jednocześnie słusznym przeświadczeniem, że jest stworzony do większych rzeczy. W drodze zbacza z głównej drogi, by wejść w las. Przedzierając się przez gąszcz, dociera nagle do schludnego miasteczka-widma, Spectre. 


Mieszkańcy wychodzą, by przywitać gościa. Burmistrz wyciąga listę, na której widnieje nazwisko Edwarda i ze zdziwieniem stwierdza, że ten przybył za wcześnie. Bloom nie pojmuje, jakim cudem go oczekiwano ani tym bardziej dlaczego uważają, że miał przyjść później. Szybko jednak zostaje ugoszczony w miasteczku, gdzie wszyscy są radośni, szczęśliwi, a trawa zadbana, świeża i zielona. Buty mieszkańców są zawieszone przed wejściem do miasteczka, bo kto by chciał się wybierać gdziekolwiek? Nie potrzebują butów, żyją w Arkadii. Co więcej, Bloom świetnie się z wszystkimi dogaduje. Jednak szybko orientuje się, że to wygodne, sielskie życie nie dla niego, że szuka czegoś więcej, ucieka więc ze Spectre.


Po dwudziestu latach Edward, który już niejedno przeżył, wraca i zastaje zupełnie inne miasteczko: zniszczone, opustoszałe, upadające. Bloom, który ledwo rozpoznaje idealizowane przez całe życie miasteczko, postanawia odbudować Spectre i przywrócić mu dawną świetność.



Spectre jest niezwykłym archetypem. 

Zawsze jest pokusa, żeby przywrócić dawny stan. Odbudować relacje, przywrócić dawną harmonią. Bloomowi to się udaje, z wyjątkiem jednego domu w mieście: domu Jenny. Mimo wszelkich starań, poświęcenia czasu, siły i energii, żeby odbudować drewnianą chatę, po odejściu Edwarda, dom znów popada w ruinę. Spectre, a przynajmniej ten jeden dom, na nowo staje się widmem. 

***

Życie ma to do siebie, że się toczy.







czwartek, 18 sierpnia 2016

wtorek, 16 sierpnia 2016

wspomnienie Pana Boga

stojąc na rozdrożu,
w potrzasku,
tracąc nadzieję,
kontrolę
nad życiem
nad wszystkim
przypomnij sobie
że dla Boga przyszłość jest już wspomnieniem jednej z Jego akcji ratunkowych

***

A On stoi po drugiej stronie brzegu
z tobą
oblewa jodyną twoją ranę
i czułością zakłada opatrunek


poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Świętość


"Jak jesteście od początku do końca przewidywalni, to zróbcie coś ze sobą, bo to nie rokuje dobrze" Bp Ryś

poniedziałek, 18 lipca 2016

Gość Abrahama

Pan ukazał się Abrahamowi pod dębami Mamre, gdy ten siedział u wejścia do namiotu w najgorętszej porze dnia. Abraham spojrzawszy dostrzegł trzech ludzi naprzeciw siebie. Ujrzawszy ich podążył od wejścia do namiotu na ich spotkanie. A oddawszy im pokłon do ziemi, rzekł: O Panie, jeśli darzysz mnie życzliwością, racz nie omijać Twego sługi! Przyniosę trochę wody, wy zaś raczcie obmyć sobie nogi, a potem odpocznijcie pod drzewami. Ja zaś pójdę wziąć nieco chleba, abyście się pokrzepili, zanim pójdziecie dalej, skoro przechodzicie koło sługi waszego. A oni mu rzekli: Uczyń tak, jak powiedziałeś.

wtorek, 12 lipca 2016

zaszufladkowani

Siedzą sobie w jednej szufladzie Adaś i Julek. Obaj cierpią, bo są beznadziejnie i bez wzajemności zakochani w dziewczynie o słowiańskim imieniu: Polska. A ona? Polska owszem szanuje swoich amantów, akceptuje ich obecność. Pamięta nawet czasy, kiedy była w obu zakochana po uszy. Ale to była młodość górna i durna, jak to Adaś mawia. Oni uparli się w tym zakochaniu i dalej piszą staroświeckie, podniosłe wiersze, wylewają łzy, rozczulają się, mają nadzieję na wspólną przyszłość z Polską...

Dziewczyna z lekkim skrępowaniem obserwuje ich śmieszne starania. Wolałaby, żeby dali sobie już spokój, zapomnieli o przeszłości i znaleźli inną ofiarę swoich dziwnych, archaicznych zalotów. W końcu świat idzie do przodu; Polska więc wyrzuciła z szafy dziewiętnastowieczną bieliznę, a założyła szorty dżinsowe i konwersy, do tego bluzkę z jednym odsłoniętym ramieniem. Tak oczywiście ubiera się w domu i na wypady za miasto ze swoim nowym chłopakiem - umięśnionym motocyklistą. W pracy nosi ubrania zgodnie z panującym w jej korporacji dress code'em - biała koszulka z rękawami do łokci, czarna dopasowana spódnica, buty na obcasach, cielisty stanik... 

Adaś i Julek nadal piszą sonety i wzdychają. Polska czuje się niezręcznie, ale nie powie im wprost, że nie chce ich znać. Nie. Czuje do nich sentyment ze względu na dawne czasy, a poza tym - przecież nie wypada. W końcu lubi ich i szanuje. Bierze więc do ręki Adasia i Julka, którzy, jak się okazuje, mają niewiele więcej niż 10 cm wzrostu, wkłada do szuflady z napisem Romantique i idzie na koncert z motocyklistą.

Adaś i Julek siedzą w szufladzie i wzdychają. 

ADAŚ: Ach! Ona jest taka wspaniała...
JULEK: Kocham ją, ale nie ma w niej iskry... nie ma w niej ducha polskości. Już dawno temu zatraciła go zupełnie.
ADAŚ: Jaka cudowna, miód spijałbym z jej ust...
JULEK: Kocham ją, ale z jej ust padają same przekleństwa i kłamstwa.
ADAŚ: Trzeba ją uratować przed motocyklistą. Ona jest z nim taka nieszczęśliwa...
JULEK: Kocham ją, ale ona żyje w kłamstwie.

Rozmarzenie w spojrzeniu Adasia nagle zamienia się w niepokój. Mickiewicz spogląda na Słowackiego.
Ten, marszcząc brwi, patrzy przed siebie. Nie miał i nie ma żadnych złudzeń: straciła urok i czar, a ich wiersze tego nie zmienią. Julek wzdycha zrezygnowany.

Adaś jest rasowym romantykiem, a więc ma w sobie pokłady empatii, która podpowiada, że czas zmienić temat. Skoro mają spędzić w tej szufladzie jeszcze trochę czasu, to może warto zastanowić się nad kwestiami naprawdę istotnymi.

- Czemu właściwie wrzuciła nas do tej samej szuflady? - pyta zdumiony.






poniedziałek, 11 lipca 2016

Practical arrangement


pilot



Pilot: Może polecisz ze mną?
 [...]
Walter: Teraz wylatujesz?
Pilot: Tylko dokończę piwo..
Walter: Pogoda nie wygląda za ciekawie
Pilot: Nie wygląda..
Walter: Chyba nadchodzi burza
Pilot: No...
[...]
Walter: Więc po prostu... po prostu dokończysz piwo i potem... polecisz helikopterem...
Pilot: No... Jestem trochę zdenerwowany burzą, więc muszę wciągnąć kilka piw.
Walter: OK, nie polecę z tobą.
Pilot: (beka) no..


Walter poleci z pilotem. Walter cudem ujdzie z życiem.
Życie Waltera totalnie się zmieni.

Czasem warto stracić grunt pod nogami, żeby zmienić dotychczasowy styl życia, poznać nowych ludzi, spojrzeć z innej perspektywy. Samozadowolenie wypływające z naszych przyzwyczajeń, utrzymywania status quo i złudnego poczucia bezpieczeństwa to jedna z przeszkód na drodze chrześcijanina. To wręcz miraż: wydaje nam się, że dotarliśmy do cudownej oazy, tymczasem giniemy z pragnienia i grzęźniemy w piachu. Czasem więc warto porzucić to poczucie bezpieczeństwa, stanąć w prawdzie, zrezygnować z grzecznego-bo-nie-wypada-inaczej życia, ruszyć cztery litery i wskoczyć z pijanym pilotem do helikoptera.






czwartek, 7 lipca 2016

Brexitowe wykluczenie

W kontekście Brexitu (i-nie-tylko) zadziwia mnie, ile ideologii, emocjonalności i stronniczości może być w debacie publicznej. 

Po pierwsze, są opinie, że to prowincja głosowała za wyjściem z UE i są to ludzie, którzy nawet nie wiedzą, czym jest Unia Europejska. No hello - studiowałam przez trzy lata kierunek o profilu politologicznym i chyba sama nie do końca wiem, czym jest UE i jaki jest jej status (a przynajmniej mam wrażenie, że coraz mniej wiem na ten temat). Oczywiście to są argumenty osób, które uważają, że Brexit będzie czymś złym. Gdyby te same brytyjskie wieśniaki zagłosowały za zostaniem, ich wiedza dotycząca UE byłaby niepodważalna.

Po drugie, kwestii ekonomicznych nikt nie porusza, bo faktycznie nie znamy się na tym. Powtarzamy jedynie to, co przeczytamy w gazetach lub, raczej częściej, w Internecie. Jasne, filharmonia lub biblioteka zostaną sfinansowane przez Unię, ale nic nie jest za darmo. Ile kosztuje utrzymanie całego systemu w Brukseli? Nie wiem, ale myślę, że to są niewyobrażalne sumy. Utrzymanie całego systemu biurokratycznego, prawników, ekspertów, tłumaczy, polityków (!)... I uważaj, Polsko! Póki co cieszyłaś się wsparciem finansowym. Mam nadzieję, że dobrze nim gospodarowałaś, bo przychodzi czas, kiedy sama będziesz musiała wyłożyć na wsparcie innych krajów i oddać dług (choć nikt tak tego nie nazywa).

Po trzecie, pojawia się interesująca reakcja: "Specjaliści twierdzą, że Unii będzie lepiej bez Wielkiej Brytanii". To brzmi trochę jakby atrakcyjna i sympatyczna dziewczyna (nazwijmy ją Bonnie) odeszła od wychudzonego zgarbionego i dość opryskliwego chłopaka (nazwijmy go Hans). Ciotka Hansa broni krewniaka: "A niech idzie ta obrzydliwa dziewucha, Hansikowi będzie dużo lepiej bez niej. Tłumy dziewczyn już się do niego ustawiają. A ona była dla niego jedynie ciężarem."  No pewnie tak - WB była ciężarem dla UE. Skoro jednak Unii będzie lepiej, skąd te kary i obciążenia za wyjście?

Po czwarte, imigranci. No powiedzmy sobie jasno - Wielka Brytania wychodzi z powodu niekontrolowanego napływu imigrantów. Tu wracamy do kwestii ekonomicznych. Jak to jest, że Europa jest tak ostrożna z kwestiami demograficznymi, uczy racjonalnego planowania rodziny, namawia do poszerzania jej tylko wtedy, gdy  małżonkowie są finansowo stabilni (po spłaceniu kredytu za mieszkanie?)... a jednocześnie w ciągu jednego roku wpuszcza bezkrytycznie setki tysięcy dorosłych mężczyzn, którzy, wydaje mi się, mają nieco większe potrzeby niż niemowlaki. To raczej się nie kalkuluje.

Ale oprócz kwestii związanych z ekonomią są problemy społeczne i kulturowe (tak, to zabrzmiało iście zaściankowo. Spokojnie, dopiero się rozkręcam). Głosując za wyjściem, WB otrzymała etykietę
cofniętego, nietolerancyjnego i nacjonalistycznego państwa, które nie jest otwarte na międzykulturowość (modne słowo). Buahaha. Łatwo mówić takie rzeczy, mieszkając w Polsce - dość jednorodnym kulturowo kraju, gdzie wielokulturowość tak naprawdę to Science Fiction. Chyba że weźmiemy pod uwagę Romów, ale nie weźmiemy ich pod uwagę, bo oni się z nami nie ziomkują, nie edukują się, nie integrują. To nie o taką wielokulturowość nam chodzi. Szczerze mówiąc, to że Romowie się nie integrują, to jest część ich cygańskiego stylu życia i trochę żal by mi było wsysać ich w nasze coraz bardziej korpoludkowe społeczeństwo. 

Czyli wielokulturowość tak, ale tylko w jakiś określony sposób, narzucony przez współczesne paradygmaty. OK. Wielokulturowość. Otwórzmy więc wschodnią granicę. Chciałabym zobaczyć, z jaką radością i z jak szeroko otwartymi rękami nasze społeczeństwo wita Ukraińców, Białorusinów i Rosjan. Wydaje mi się, że jednak  witaliby naszych braci Słowian z mniejszym entuzjazmem niż imigrantów z Europy Zachodniej (gdyby się tacy zdarzyli).

Brytyjczycy są przeciwko imigrantom, więc są nacjonalistami. Zaraz, zaraz... Czemu inne państwa mają decydować o tym, kogo zainteresowane państwo ma wpuścić w swoje granice. Każda koncepcja umowy społecznej stwierdza, że społeczeństwo powstaje, by chronić członków objętych umową. Wewnętrznie i zewnętrznie. Jeżeli otwarcie przyjmujemy, że każda kontrola granicy, jest objawem nacjonalizmu i ksenofobii, to kwestionujemy osiemnastowieczne idee umowy społecznej. Dlaczego więc nadal się o nich mówi w szkole i na studiach? Przecież skoro są błędne (a najwyraźniej są, skoro się do nich nie stosujemy w praktyce) nie warto się nimi zajmować.

Może tego nie widać w każdej angielskiej dziurze, ale w Londynie angielskości nie ma. Narodowy charakter w stolicy państwa została zatracona. Nie zrozumie tego ktoś, kto nie wie, czym jest charakter angielski i kultura angielska. Z pewnością nie jest to pierdółka z wizerunkiem królowej do postawienia na biurku. To pewien charakter, który w wielokulturowym społeczeństwie zostaje zatracony. Ciekawe jest to, że tak się martwimy o małe kultury zagrożone wyginięciem, a o te duże nie. Cóż, kultura grecka też kiedyś umarła. Rzymska także. Więc to samo może stać się z angielską, francuską czy polską. 

I ostatnia myśl: Tolerancja. Współczesne społeczeństwo wzywa do tolerancji. Wielokulturowość ma otwierać na innego. Mnie jednak coraz bardziej zastanawia jedna kwestia: po co? Bo odnoszę wrażenie, że 'otwieranie' w naszym społeczeństwie nie oznacza głębsze zrozumienie i zbliżenie do drugiego czlowieka. Racjonalnie owszem - poszerzamy wiedzę na temat innego. Ale ludzie otwierają się na jakiś konkretny, dany odgórnie krąg: inne narodowości, inne kultury. Mimo że społeczeństwo jest coraz bardziej otwarte, światłe, coraz więcej podróżuje, nadal nie widzę tego głębszego zrozumienia człowieka, empatii. Chcesz poznać kogoś innego? Zapukaj do sąsiada, przekonasz się, jak bardzo on jest inny. Ale do sąsiada nie pójdziemy. Wolimy to pseudootwarcie związane z poszerzaniem wiedzy dotyczącej innych narodowości. Pseudootwarcie, bo nie wymaga od nas głębszego dialogu, utożsamienia się czy dania coś z siebie. Jest to ta ponętna, egzotyczna obcość, z którą nie musimy wchodzić w relację. Chcesz poznać inność? Pogadaj czasem z bezdomnym, cyganem (uuu, to określenie chyba było nietaktowne :/), pijakiem, dziwną panią z osiedla chorującą na schizofrenię. Wejdź w ich świat i zobacz , co mają do powiedzenia.
Nie, mimo naszego otwarcia paradoksalnie staliśmy się sobie coraz bardziej obcy i oddaleni.






wtorek, 5 lipca 2016

Pustynia

To mówi Pan: Chcę przynęcić niewierną oblubienicę, na pustynię ją wyprowadzić i mówić do jej serca i będzie Mi tam uległa jak za dni swej młodości, gdy wychodziła z egipskiego kraju. I stanie się w owym dniu - wyrocznia Pana - że nazwie Mnie: Mąż mój, a już nie powie: Mój Baal. I poślubię cię sobie [znowu] na wieki, poślubię przez sprawiedliwość i prawo, przez miłość i miłosierdzie. Poślubię cię sobie przez wierność, a poznasz Pana. (Oz 2,16.17b-18.21-22)

Niekiedy odnoszę wrażenie, że pustynia stała się dla katolików metaforą zbyt szeroką. Jestem w trudnym położeniu - jestem na pustyni. Jestem osamotniony - jestem na pustyni. Mam kryzys wiary - jestem na pustyni. 

Owszem, to wszystko w pewnym sensie jest związane z pustynią. Jednak szerokie traktowanie biblijnej pustyni może doprowadzić do nieuzasadnionego złagodzenia owej metafory i utraty jej prawdziwego wymiaru. Pustynia to nie jest jakakolwiek trudna życiowa sytuacja. Niektóre sytuacje, mimo że groźne, nie przypominają wcale pustyni. Gdy jesteśmy w kompletnym chaosie,  jesteśmy raczej w dżungli. Kiedy ludzie nas osaczają z każdej strony, też jesteśmy w dżungli. Na pustyni Egipcjanie wcale nie osaczali Izraelitów. Ścigali ich, ale nie osaczali. Pozostawali gdzieś z tyłu. 

Nie, pustynia to sytuacja, w której niczego nie ma. Jest Nic.Pustka.  Nie ma wody, nie ma jedzenia, przez jakiś czas nawet nie ma wrogów. I nie  ma nadziei. Pustynia oznacza bycie zdanym wyłącznie na Boga, poleganie na Nim wbrew wszelkim racjonalnym przesłankom. 

Alessandro Pronzato w "Rozważaniach na piasku" przywołuje sytuację Hagar w Księdze Rodzaju. Hagar zostaje wygnana na pustynię i nie ma żadnej nadziei. Czeka na śmierć swojego dziecka. Wtedy anioł odkrywa przed nią studnię. Pronzato zaznacza, że modlitwa czyniąca cuda, to ta, w której człowiek całkowicie odcina się od innych środków bezpieczeństwa i całkowicie zawierza Bogu. Często modlimy się z niezwykłą żarliwością, ale zostawiamy sobie furtki na wypadek, gdyby Pan Bóg był zajęty czymś innym. W razie czego możemy zadzwonić do przyjaciela, prosząc o poradę w jakiejś sprawie lub na własną rękę zacząć zmieniać rzeczywistość. Tymczasem Bóg przychodzi wtedy, kiedy my odetniemy wszystkie zabezpieczające liny. 



Mamy nadzieję do samego końca... Następuje koniec, a Bóg dalej milczy. Spóźnił się, nie pomógł mimo naszych modlitw. Nie dał tego, o co prosiliśmy.
Czasami spóźnia się, bo chce nas wskrzesić, tak jak Łazarza. 
Czasami czeka na Jaira, który przyjdzie do niego po śmierci córki i poprosi o przywrócenie jej życia.

Jezus czeka, bo chce pokazać, że nie tylko naprawia usterki naszej rzeczywistości, ale zmienia ją, tworzy od nowa. Bóg to nie żaden Pan Złota Rączka, ale Rzeźbiarz.

Myślę sobie, że przyjaciele Jaira przez grzeczność i delikatność nie pukali się w głowy, ale z pewnością kiwali współczująco głowami, dowiedziawszy się, że ojciec zmarłej dziewczynki, idzie do Jezusa prosić o przywrócenie do życia. Co za pomysł! Totalne szaleństwo. Postępowanie sprzeczne nie tylko z racjonalnym myśleniem, ale z wszelkimi prawami panującymi w rzeczywistości.
A jednak Jair poszedł.

---

I jeszcze jedna sprawa. Hagar została wykorzystana, a następnie odrzucona i upokorzona przez Sarę i Abrahama. U Abrahama jednak miała dom, pewną stabilność, jakąś przyszłość. Wyobrażam sobie, że na tej pustyni Hagar siedziała i czuła rozgoryczenie z powodu takiego obrotu spraw. Może kochała Abrahama. Może chciała wrócić... Anioł Boży, który przyszedł do Hagar nie wziął jej na ręce i nie poleciał z nią z powrotem do Abrahama. Nie ukarał też Sary. 
Anioł tylko wskazał jej studnię, żeby mogła pójść dalej.

Alessanro Pronzato przypomina, że na pustyni idzie się dalej, do przodu,
Od studni do studni,
Nie oglądając się wstecz.



piątek, 1 lipca 2016

I'm gonna live my life





If there's one thing I hang on to,
That gets me through the night.
I ain't gonna do what I don't want to,
I'm gonna live my life.
Shining like a diamond, rolling with the dice,
Standing on the ledge, I show the wind how to fly.
When the world gets in my face,
I say, Have A Nice Day.
Have A Nice Day


poniedziałek, 20 czerwca 2016

stay alive



There's a rhythm in rush these days
Where the lights don't move and the colors don't fade
Leaves you empty with nothing but dreams
In a world gone shallow
In a world gone lean

Sometimes there's things a man cannot know
Gears won't turn and the leaves won't grow
There's no place to run and no gasoline
Engines won't turn and the train won't leave

(...)
Well the way I feel is the way I write
It isn't like the thoughts of the man who lies
There is a truth and it's on our side
Dawn is coming
Open your eyes
Look into the sun as the new days rise

poniedziałek, 13 czerwca 2016

13 czerwca



Już spotkałam się z kilkoma wersjami tego jednego zdarzenia, więc opiszę tu moją ulubioną:

W 1222 zaproszono do Forli biskupa, na święcenia dominikanów i franciszkanów. Prowincjałowie obu zgromadzeń nie dogadali się jednak co do kwestii, kto ma wygłosić kazanie.
Głupia sprawa.
Superior franciszkanów zatem zdecydował, że kazanie wygłosi młody zakonnik - Antoni. W końcu nie był Włochem, tylko Portugalczykiem, więc wszelkie pomyłki czy brak wystarczającej ilości odniesień do Pisma Świętego, które miały się na pewno zdarzyć, można wytłumaczyć barierami językowymi. 
Antoni jednak zadziwił wszystkich zgromadzonych: okazało się, że ten cichy, prosty zakonnik prowadzący pustelnicze życie przed wstąpieniem do franciszkanów odebrał całkiem niezłe wykształcenie teologiczne, które dodatkowo potrafił zgrabnie werbalizować w kazaniu. Antoni więc został kaznodzieją.
I tak płomiennie i z serca głoszącym, że po śmierci całe jego ciało się rozłożyło poza narzędziem artykulacji: językiem.

Padewczycy czczą swojego świętego z niezwykłym entuzjazmem. Podczas procesji 13 czerwca wszyscy przedstawiciele miasta i okolic idą w procesji: orkiestry, harcerze, członkowie różnych organizacji i stowarzyszeń, zakonnicy trzeci, zakonnicy pierwsi, mniejszości narodowe, etc. Wszyscy idą a za nimi relikwie świętego: święta szczęka, która wspomagana głową i sercem głosiła Słowo Boże, oraz wielka figura Antoniego. Podczas przejścia relikwii padewczycy się żegnają. A gdy przechodzi figura klaszczą głośno i wykrzykują z dziką radością pozdrowienia do swojego patrona.

Padewczycy naprawdę kochają swojego Portugalczyka.

piątek, 10 czerwca 2016

Mruklandia

Niewiele osób słyszało o Mruklandii, gdyż jest to państwo wciśnięte na mapie gdzieś między Północą a Południem i odsunięte nieco od szlaków handlowych. Niektórzy podróżni przez przypadek tam trafiają, gdy tory kolejowe na trasie Transwertykalnej są nieczynne. Wówczas pociąg zbacza i jedzie naokoło przez Mruklandię. Oczywiście nieliczni orientują się, gdzie się znaleźli. Większość podróżnych ze zniecierpliwieniem patrzy na zegarki lub wdaje się w dyskusje na temat potrzeby gruntownej naprawy torów kolejowych. Ci bardziej spostrzegawczy, którzy zauważyli, że pociąg wjechał na teren innego państwa, przyklejają nosy do szyby i śledzą przesuwający się krajobraz. Trzeba przyznać, że dość malowniczy: lasy zielone, pola wyścielone uprawami. Od czasu do czasu mignie twarz mieszkańca tego dziwnego kraju., ale zbyt szybko, by móc o nim coś szczególnego powiedzieć. Zaciekawiony podróżny pyta konduktora: Co to za miejsce? Konduktor marszczy brwi, jakby starał się wygrzebać jakąś informację głęboko ukrytą w szufladkach pamięci. W końcu wyciąga tablet i sprawdza na Wszechpedii. Uśmiecha się tryumfalnie i głosem rzeczoznawcy odpowiada: Mruklandia. Podróżny naiwnie postanawia poszukać informacji na temat tego kraju po powrocie. Oczywiście nigdy nie sprawdzi tej informacji - szybko zapomni o zdarzeniu, Mruklandia ucieknie na dno podświadomości, wracając tylko w snach i de javu.

Mruklandię zamieszkują Mrukowie. Jest to narodowość wywodząca się prawdopodobnie ze starożytnych Etrusków. Legenda głosi, że gdy założono Rzym, elitarna część Etrusków została wygnana, by nie tworzyć konkurencji dla ówczesnej władzy. Wśród tej elity byli: inteligencja, sportowcy i przedsiębiorcy, Szybko więc poradzili sobie z barbarzyńcami zajmującymi tereny dzisiejszej Mruklandii. Stworzyli silne państwo, które, choć mało znane w historii powszechnej, stało się potęgą w skali lokalnej. Przez kraje sąsiednie było nawet nazywane Państwem Środka.

Współcześnie Mrukowie to spokojny lud. Starają się nie wyjeżdżać ze swojego kraju, dbając o  rozwój lokalnej gospodarki i przestrzeganie konstytucji. Konstytucja jest dla nich szczególnie ważna, choć zawiera  tylko jedno*, ale za to fundamentalne prawo: Na terenie Mruklandii nie wolno się uśmiechać, być przyjaznym, otwartym, zagadywać innych obywateli, chyba że związek między jednym obywatelem a drugim jest zażyły. Zażyłość stanowi tę część konstytucji, która wielokrotnie przysparzała problemów dotyczących jej wykładni prawnej. Wiele doktoratów i habilitacji napisano na temat zażyłości: czym jest, jakich relacji dotyczy, jakie są jej granice oraz różnica między zaąyłością a niezażyłością. Publikowano na ten temat wiele monografii, nawet wyszła Encyklopedia zażyłości. W końcu jeden uznany profesor doszedł do wniosku, że w duchu praktycznego funkcjonalizmu można podać tylko jedną podstawową sytuację w której zażyłość jest bezsprzeczna: gdy Mruk I jest uzależniony finansowo od Mruka II. Wówczas Mruk I jest zobowiązany do uśmiechu. Wszelkie inne formy zażyłości mogą wynikać z tej podstawowej relacji. Mrukowie z aprobatą pokiwali głowami i taką wykładnię przyjęto.

Zapis konstytucyjny naturalnie wynika z przykrych doświadczeń w historii Mruklandii. O tym długo by opowiadać, więc ograniczę się do zapewnienia, że każdy Mruk i Mruczka bezwzględnie przestrzega swojej konstytucji, ponieważ rozumie, że to prawo zostało zapisane dla ich dobra. Nawet nie przewidziano kar za złamanie prawa, gdyż  po pierwsze, niewiele osób to czyni, a po drugie, Mrukowie to, jak już wspomniano, spokojny, niemal pacyfistyczny lud i wychodzą z założenia, że jeśli ktoś łamie prawo, to wystarczy po prostu zresocjalizować go/ją przez pokazywanie odpowiednich wzorów zachowań.

Wielu Mruków i Mruczek boryka się ze problemami zdrowotnymi swoich dzieci. Przed kilku laty Podstawowy Organ Statystyczny wydał raport pokazujący zatrważające statystyki: coraz więcej dzieci uśmiecha się bez powodu. Rodzice od dawna widzieli ten problem, ale nie wiedzieli, że problem sięgnął takich rozmiarów. Po ogłoszeniu raportu Minister Zdrowia oficjalnie ogłosił wybuch epidemii dysfunkcji społecznych dzieci. Zauważono bowiem, że dzieci w przedszkolach zarażają się od siebie tendencjami do bezpodstawnego uśmiechania się. Na uniwersytecie w stolicy utworzono szybko Zakład Poprawnego Rozwoju Dzieci w Instytucie Psychologii. Utworzono specjalne programy edukacyjne, w których nauczyciel miał skłonić dziecko do refleksyjnego postrzegania swojego zachowania. Gdy nauczyciel widział rysujący się uśmiech na twarzy dziecka, pytał rzeczowo: "Czemu jesteś taki radosny?" albo "Jakie masz powody, żeby się uśmiechać". Pedagodzy podkreślali, że większość dzieci nie będzie potrafiła odpowiedzieć i z czasem uznają bezsensowność swojego zachowania.

Pedagodzy również zwracali kluczową rolę rodziców w programie. To nie szkoła ma wychowywać dzieci, lecz dom. Zalecono więc, by pokazywać pozytywne wzorce nieuśmiechania się bądź uśmiechania się w sytuacjach uzasadnionych: do szefa bądź wpływowych sąsiadów. Ponadto starano się unikać słów: proszę, dziękuję przepraszam, jako że badania wykazały nieuzasadniony wzrost zażyłości nawet między nieznajomymi (!) wskutek używania tych słów. Wkrótce Instytut Języka Mrukowskiego wycofał te słowa ze słowników.



Po kilku latach w końcu odnotowano spadek liczby uśmiechów wśród dzieci w skali rocznej. Kryzys został zażegnany, a Ministra Zdrowia  wybrano znów na następną kadencją. Mrukowie mogli sobie już spokojnie żyć.

Gdy jednak jeszcze zdarzy się, że Mruczka idąca z dzieckiem mija Mruczkę bądź Mruka uśmiechających się do ptaków, drzew, siebie bądź - o zgrozo! - dziecka, rzuca pełne złości i pogardy spojrzenie (chcąc oczywiście pokazać pozytywne wzorce) i odciąga szybko swojego podopiecznego w obawie, że malec się zarazi. Ciągle więc Mrukowie żyją w niepewności ponownego wybuchu epidemii, a co za tym idzie - zatracenia swojej niepowtarzalnej kultury. Póki co jednak starają się żyć normalnie: nie uśmiechać się i po prostu żyć.






*Mrukowie mają bardzo praktyczne podejście do życia. Wychodzą z prostego założenia, że nie ma co mnożyć bytów i rozdrabniać się, tylko skupić się na najważniejszym, dlatego konstytucja zawiera tylko jeden zapis.

wtorek, 7 czerwca 2016

czwartek, 2 czerwca 2016

Mleko od krowy

Dziś kupiłam mleko od krowy
Prosto (!) of krowy
W niewymiarowej 1,5-litrowej butelce po wodzie mineralnej
Mleko o dziwnie naturalnym zapachu i lekko żółtym kolorze.
Mleko nieobjęte dwunastoma tysiącami* regulacji unijnych
Nieugotowane w specjalnych maszynach

Boję się, że mój nabytek może się zepsuć.

Albo obudzi się w nocy i w swoim obrzydliwie naturalnie mlecznym usposobieniu
zje mnie.


*12 653







piątek, 27 maja 2016

Moje Orvieto

Przyjaciel poeta mówi: „Jedziesz do Włoch, nie zapomnij wpaść do Orvieto”. Sprawdzam w przewodniku: tylko dwie gwiazdki. „Co tam jest?” — pytam. „Wielki plac, na placu trawa i katedra. W katedrze Sąd Ostateczny”. (Zbigniew Herbert "Il Duomo - Orvieto")

Wyobrażam sobie, rozbawione i ironiczne "Co tam jest?" Zbigniewa Herberta. Z pewnością właśnie te dwie gwiazdki w  przewodniku przechyliły szalę i pomogły mu zdecydować, że musi tam koniecznie pojechać - w końcu kto zaufa przewodnikom?

Moje Orvieto zaczęło się od tego eseju Zbigniewa Herberta, ale powędrowało o wiele dalej niż Sąd Ostateczny.

Byłyśmy w Rzymie już czwarty dzień: upał,  duchota i, niestety trzeba o tym wspomnieć, przykry zapach rzymskich ulic już nam zaczęły doskwierać. W czwartek zwiedzałyśmy Watykan z przesympatyczną pielgrzymką zapoznaną dzień wcześniej i miałyśmy ochotę wyjechać za Rzym. Mając cały czas w myślach "Orvieto" Herberta zaczęłam przeglądać strony internetowe w poszukiwaniu dodatkowych informacji. Okazało się, że Orvieto nie tylko jest znane z powalającego przedstawienia Sądu Ostatecznego, ale również mówi się o nim: Citta del Corpus Domini. Oooo... Poczytałyśmy, ile się dało na temat tego miasta i podjęłyśmy decyzję, że piątek spędzimy w oddalonym o 100 km od Rzymu Orvieto.

***

Około godziny 8:00 pociąg zajechał na stację znajdującą się u stóp góry, na szczycie której położone jest Orvieto. Wysiadłyśmy i wciągnęłyśmy powietrze, które okazało się zupełnie inne niż w dusznym Rzymie: ciepłe, ale rześkie i jakby bardziej dynamiczne. Wjechałyśmy funikolą (tak nazwałyśmy woskie kolejki funicolare) do bram miasta powoli budzącego się i leniwie wychodzącego z objęć Morfeusza. Na pustym placu stał autobus, a jego kierowca szykował się do odjazdu. Rozejrzałyśmy się szybko za kioskiem, niestety - jedyna budka w zasięgu wzroku była zamknięta. Za 5 minut miała się rozpocząć poranna msza w Il Duomo. Podbiegłyśmy więc do kierowcy i łamanym włoskim zaczęłam tłumaczyć, że chcemy dotrzeć do katedry, ale nie możemy kupić biletu, na co kierowca zapytał, czy miałyśmy bilet na funikolę, a następnie iście włoskim gestem (czyli machnięciem ręki) kazał nam wsiadać i nie przejmować się takimi drobiazgami. Tak zdążyłyśmy na mszę w mieście Bożego Ciała.

Il Duomo w Orvieto jest ogromne, ale poranna msza odbywa się w skromnej bocznej kapliczce wypełnionej relikwiami. We mszy uczestniczyło kilkanaście osób, które wprowadziły atmosferę niesamowitego skupienia. W katedrze jeszcze nie było turystów, co jeszcze mocniej podkreślało wagę tej godziny. Katolicy we Włoszech są niezwykle otwarci i zawsze na mszach czuję niezwykle dobrze i jakby we właściwym miejscu. Tu też tak było. Starsza włoszka, która siedziała koło mnie kilka razy się uśmiechnęła, a na koniec pogodnie powiedziała "Ciao". Czemu nie? W końcu przez godzinę brałyśmy udział w Uczcie Pańskiej. Czy to już nie powinno wytworzyć więzi?

Na koniec mszy wystawiono korporał. Ten korporał.

***

W 1263 pewien kapłan wybrał się na spacer do Rzymu. 
Wyruszył z Pragi, więc oczywiście spacer nie należał do najkrótszych i miał charakter religijny, możemy go więc określić mianem pielgrzymki. Ów ksiądz Piotr postanowił pielgrzymować do grobów Piotra i Pawła w intencji  swoich własnych problemów duchowych. Pod wpływem szerzących się w Europie herezji dotyczących obecności Chrystusa pod postacią chleba i wina nasz pielgrzym również miał wątpliwości. Pielgrzymka miała na celu zapewne wyproszenie u Boga łaski wiary. Gdy był już bardzo blisko Rzymu (a 30 km od Orvieto), zatrzymał się w niewielkiej miejscowości, Bolsenie, by odprawić mszę przy grobie św. Krystyny. Podczas sprawowania Eucharystii w małej grocie, w chwili konsekracji, Hostia zaczęła krwawić. Krew spłynęła na korporał, obrus ołtarzowy. Przestraszony kapłan chciał szybko schować Ciało i Krew Chrsytusa w zakrystii, wówczas krople krwi spadły również na posadzkę. Według innych podań ks. Piotr tak się przestraszył, że opuścił Hostię na ziemię.

Gdy kapłan zorientował się, że miał do czynienia z cudem eucharystycznym, poinformował o tym papieża Urbana IV. Papież wysłał do Bolseny biskupa Orvieto Giacoma, który zbadał sprawę, wysłuchał relacji świadków i stwierdził, że faktycznie był w tym miejscu cud. Urban IV, który wówczas rezydował w pobliskim Orvieto, wprowadził do miasta Hostię i zakrwawiony korporał w procesji. Urban IV widział potrzebę pokazania tego cudu, żeby wzmocnić wiarę wiernych w czasach głoszonych herezji. To dało początek procesjom Bożego Ciała.

***

Był więc rok 2014, 750-lecie uroczystości Corpus Christi, niecały tydzień przed obchodzonym świętem, a my klęczałyśmy przed starym, poplamionym krwią Pana korporałem, który to wszystko zapoczątkował. Aż trudno było uwierzyć że jest się w tym miejscu, w tym czasie przed tym właśnie relikwiarzem.

Następnie poszłyśmy obejrzeć kaplicę Sądu Ostatecznego. Sądowi trzeba by poświęcić osobny tekst. W każdym razie cała katedra Orvieto robi ogromne wrażenie, dużo większe niż Bazylika św. Piotra i Kaplica Sykstyńska. Może to wynik mniejszej liczby turystów, a może mniejszych upałów, może sugestii Zbigniewa, ale godzina spędzona w kaplicy Sądu Ostatecznego sprawiła, że naprawdę zaczęłam inaczej odbierać księgę Objawienia św. Jana ;) Nie dziwię się już, że ci ludzi średniowiecza tak się Apokalipsy bali! Przedstawienie diabłów porywających grzeszników było tak sugestywne i przerażające. Kolory użyte przez artystę na panelu "Potępienie" z ogromną siłą przemawiają do wyobraźni. Wzrok niemal od razu przykuwa lecący na pierwszym planie demon trzymający na grzbiecie kobietę: jedną ręką chwyta ją w przegubie, a palce drugiej wplata w jej palce. Kobieta w tej scenie nie może się uwolnić. 
Tak zresztą działa grzech – oplata nas i brutalnie nas porywa pod przykrywką przyjemnego, łatwego życia. Tyle że póki nie ma Sądu Ostatecznego zawsze jest wyjście, cień nadziei na zmianę. Bóg, który wyzwala.

***

Po wyjściu z katedry usiadłyśmy na wielkim placu i wdychałyśmy świeże powietrze. Było ciepło, ale już nie tak duszno jak w Rzymie. Na placu rozstawiano scenę i trybuny. Wieczorem miał się odbyć koncert. Całe Orvieto świętowało swój jubileusz.
Mogłyśmy pójść na gelato, mogłyśmy zwiedzić podziemia miasta. Postanowiłyśmy się jednak dowiedzieć, o której wyruszają autobusy do Bolseny. Włoszka w informacji powiedziała, że za pół godziny odjeżdża jedyny bus do Bolseny, a o 17:00 jest powrót jedynego busa. Podniosłyśmy brwi, wyrażając nasze „Hmm.. ryzykownie”… I pojechałyśmy do Bolseny!

Gruby Włoch kierowca przywitał nas i jeszcze jednego pasażera z szerokim uśmiechem i w czwórkę pojechaliśmy do Boleseny. Zostawiliśmy za sobą miasto na górze, zjeżdżając krętymi drogami do średniowiecznego miasteczka nad jeziorem. Chciałyśmy koniecznie odwiedzić miejsce cudu eucharystycznego, ale też grób św. Krystyny, patronki Mamy.

Przyjechałyśmy na czas sjesty, sanktuarium było zamknięte. Usiadłyśmy więc nad jeziorem, zjadłyśmy pizzę z prawdziwym ananasem (nie takim z puszki – prawdziwym!) i chłonęłyśmy spokój Bolseny. Po kilku dniach spędzonych w zatłoczonym, głośnym Rzymie było to jak siedzenie na Hawajach.

Sanktuarium też różniło się od tych rzymskich. Przede wszystkim kościelny chyba był nieprzyzwyczajony do turystów i to jeszcze zza granicy. Niemniej dogadaliśmy się jakoś dzięki naszym podstawom włoskiego i gestykulacji, a jego szczerej chęci zrozumienia  nas. Bardzo się ucieszył z naszej wizyty i pokazał nam grób św. Krystyny znajdujący się w podziemiach. Przy grobie jest mała, niezwykle skromna kaplica znajdująca się w grocie. W kaplicy stoi kamienny ołtarz przy którym ks. Piotr sprawował Eucharystię. Atmosfera miejsca jest niesamowita.

Pomodliłyśmy się więc, kupiłyśmy kilka pocztówek od kościelnego i poszłyśmy szukać transportu do Orvieto. Stres, że bus może nie przyjechać albo że stoimy w złym miejscu (nie było przystanku, czekałyśmy w miejscu, gdzie nam polecił wcześniej kierowca), minął kiedy zobaczyłyśmy ten sam bus i naszego uśmiechniętego kierowcę, który nas do Bolseny zawiózł. Tym razem więcej osób jechało do Orvieto – może około siedmiu. Podróż w drugą stronę była fantastyczna. Jechaliśmy w stronę wzgórza obwarowanego średniowiecznym murem, na którym było kilka domków i majestatyczne gotyckie Il Duomo. Próbowałyśmy zrobić zdjęcie, ale cały czas wychodziły zamazane. Kierowca spojrzał na nas w lusterku wstecznym i odezwał się z mocnym włoskim akcentem.
- You’a wanta take’a photo?
I nie czekając na odpowiedź zatrzymał się przy punkcie widokowym. Wszyscy pasażerowie, turyści, byliśmy nieco zaskoczeni, ale przyjęliśmy ten gest z wdzięcznością i wszyscy wyszliśmy robić zdjęcia. Było to tak integrujące, swojskie i spontaniczne, że więcej nie mogłabym sobie zażyczyć w mojej podróży do Orvieto. Nasz kierowca, który zawiózł nas do Bolseny, zabrał nas z powrotem do Orvieto, teraz zatrzymał się, niczym przewodnik wycieczki i zachęcał do robienia sobie pamiątkowych zdjęć.
To było tak iście włoskie!

Tak, poeto, miałeś rację.
Orvieto. Jest tam plac, a na placu wielka katedra, a w katedrze Sąd Ostateczny. Przerażający Sąd. Ale w innej kaplicy trwa cicho poplamiony Krwią korporał – symbol Miłości, która została z nami. Miłości, która nie chce potępienia, tylko tak bardzo pragnie zmartwychwstania ciał, że po wniebowstąpieniu została z nami przedziwnym ciele, jakim jest chleb i wino.
Ta miłość 752 lata temu dopomniała się o to, żeby ją pokazywać ludziom, których kocha; żeby mogła nam błogosławić; żebyśmy mogli spojrzeć jej w oczy i się uśmiechnąć do niej.