Czasami w różnego rodzaju kierownictwie duchowym, konferencjach, kazaniach słyszy się pytanie Co byś zrobił, gdyby stanął przed Tobą Chrystus?
To pytanie wydaje się o tyle wygodne, że jest owiane aurą gdybania. Siedząc wygodnie w fotelu w na wskroś racjonalnym świecie, łatwo sobie pogdybać. Bo Bóg i tak nie przyjdzie.
Łatwo nam się rozważa takie pytania, kiedy tak naprawdę nie uwzględniamy takiej możliwości. To trochę jak z wojną: Co byś zrobił, gdybyś miał schronić uciekiniera z obozu? Najłatwiej dumnie wypiąć pierś i oznajmić: Schowałbym go w piwnicy i stanąłbym na straży. "Najłatwiej", bo druga wojna światowa to zamierzchłe czasy i tak naprawdę nigdy w pełni w wyobrażeniach i hipotezach nie wejdziemy w sytuację tamtych ludzi.
Dopóki nie przeżyjemy, nie poznamy.
Co byś zrobił, gdyby stanął przed Tobą Chrystus?
Wydaje mi się, że to pytanie wzbudza jednak nieco egocentryczne refleksje. Człowiek skupia się na sobie, zastanawiając się nad własnym zachowaniem, a Chrystus jest jedynie jakimś elementem dekoracyjnym w tej scence rodzajowej. Może warto by było inaczej to pytanie zadać: Czy wierzysz, że Chrystus mógłby przed Tobą stanąć? Co Chrystus by zrobił, gdyby przed Tobą stanął?
Współcześnie Bóg stał się dla wielu chrześcijan metaforą, a Jezus - symbolem "dobrego" życia. To spłaszczenie prowadzi do sytuacji, w których wątpi się w realną i namacalną ingerencję Boga w nasze życie. Wygodnie jest stwierdzić, że Bóg zmienia nasze serca i nastawienie tak ogólnie, bo to w zasadzie nie jest sprawdzalne. Więc nikt nikomu nam nie może nic zarzucić. Osoba niewierząca po prostu pokiwa głową, stwierdzi, że taki masz światopogląd i tyle.
Wszystko komplikuje się, kiedy mowa o prawdziwej ingerencji Boga. Bo to już jest dziwne ;)
Ksiądz, który na kazaniu dla dzieci mówi, że Jezus osobiście do nich nie przyjdzie, bo to taka przenośnia, więc Jezus przychodzi przez dobre uczynki, drugiego człowieka itp., wpisuje się w ten paradygmat współczesnego myślenia: Bóg tak, ale niech lepiej będzie jako metafora. A przecież cała nasza wiara jest oparta na objawieniach i ingerencjach. Na kartach Biblii Bóg wchodzi w historię i owszem, przemienia serce człowieka, ale też fizycznie zmienia rzeczywistość.
Skąd się bierze metaforyzacja Boga? Na pewno przez wygodę i egocentryzm. Uznanie bowiem realnego Boga ingerującego w nasze życie, oznacza potrzebę zmierzenia się ze współczesnym paradygmatem, który głosi, że Bóg umarł. Ponadto współczesny świat zrobił coś genialnego: nie wykluczył Boga, a jedynie sprowadził go do pewnych, powierzchownych zresztą, zasad moralnych. Często pojawia się argument "dobrego obywatela": Kowalski jest dobry, nie zabija, nie oszukuje, jest życzliwy, pomaga sąsiadom, więc Bóg go nie odrzuci tylko dlatego, że nie chodzi do Kościoła. Ha! Kowalski nawet mógłby chodzić do Kościoła dzień w dzień, ale bez wiary i chęci wejścia w relację z Bogiem, to sobie może dalej być dobry i pomagać sąsiadom. Ten argument jest niezwykle przewrotny i sprowadza Boga do symbolicznego uosobienia pewnych zasad moralnych. I to niestety wkrada się także do wspólnot w Kościele, które całą swoją energię wkładają w formację. Formacja, formacja, formacja. Jesteśmy super bo mamy formacje. Hehe! Judasz też miał formację. Oczywiście formacja jest ważna, ale nie może przesłonić gwoździa programu.
Katolicki (a szerzej chrześcijańska) aktywizm nie ma sensu bez osobistego spotkania z Bogiem.
Będąc jeszcze w klimacie dnia Wszystkich Świętych, nawiążę na koniec do kwestii cudów. To jest coś niezwykle trudnego do przyjęcia przez niektórych katolików. Wiadomo, że zwiastowanie przyjmujemy z założenia - jest to zbyt ważny aspekt naszej wiary, żeby je odrzucić (poza tym każdy się boi zostać heretykiem). Ale już objawienia świętych, apokalipsę (kolejna "metafora"!), cuda eucharystyczne... no to już można kwestionować. Bo to dziwne, bo to egzaltowane..(Wiadomo, jak coś nie zostało zbadane, warto utrzymać dystans!) Biskup Ryś komentując chrzest Mieszka I (tym samym Polski) stwierdził, że należy pokornie podchodzić do naszych sądów na temat intencji ludzi żyjących w średniowieczu, bo oni mieli zupełnie inne myślenie. No tak. Zresztą współcześnie chętnie wskazuje się na pluralizm kulturowy i zróżnicowane myślenie osób z odległych sobie kultur. Warto pamiętać, że te różnice kulturowe istnieją też w perspektywie diachronicznej, historycznej.
Nie sposób więc oceniać mistyków - oni byli tak jakby z innego kręgu kulturowego :)
To taki dość toporny wpis (długi i może nieco chaotyczny), ale podsumowując, życzę nam, katolikom, silnej wiary w to, że Bóg naprawdę jest osobą, który namacalnie zmienia naszą rzeczywistość. Nie zawsze (wiadomo, nie wszyscy mają objawienia i cuda - niektórzy mają tak silną wiarę, że ich nie potrzebują ;P), ale chyba warto być na to przygotowanym i otwartym.
Chciałabym kiedyś uczestniczyć we mszy, na której wszyscy, łącznie ze mną, dostaliby taki dar wiary, że wstrzymaliby oddech w trakcie przemienienia.
----
A poza tym dzisiaj widziałam dzięcioła czarnego! :D
No tak, formacja uwiera … ;-) żartuję, bo wiem jak poważnie Autorka do tejże podchodzi. Ja niestety wiem, że samo „przeżycie” tym bardziej nie wystarcza. Ten kamień wiary o który chciał opierać głowę Poeta bywa niezbyt wygodny. Głowa może boleć! I to niekoniecznie od doznań, które się bierze za osobiste spotkanie z Bogiem. I oby nigdy nie był On metaforą …
OdpowiedzUsuńNo tak, trzeba jakoś zrównoważyć rozum i wiarę.
OdpowiedzUsuńWydaje mi się, że jednak przeintelektualizowanie wiary sprawia, że Boga przestajemy traktować jako osobę, ale jako ideę, koncept, coś odległego. I w końcu metaforę ;P I rozmawia się o wszystkim, co jest związane z Kościołem (przykazaniach, dokumentach, Biblii itp.), tylko nie o Bogu jako o osobie. Więc koniec końców nadmierna intelektualizacja także prowadzi do unoszenia się gdzieś na powierzchni. Tak jak owe doznania ;)