W kontekście Brexitu (i-nie-tylko) zadziwia mnie, ile ideologii, emocjonalności i stronniczości może być w debacie publicznej.
Po pierwsze, są opinie, że to prowincja głosowała za wyjściem z UE i są to ludzie, którzy nawet nie wiedzą, czym jest Unia Europejska. No hello - studiowałam przez trzy lata kierunek o profilu politologicznym i chyba sama nie do końca wiem, czym jest UE i jaki jest jej status (a przynajmniej mam wrażenie, że coraz mniej wiem na ten temat). Oczywiście to są argumenty osób, które uważają, że Brexit będzie czymś złym. Gdyby te same brytyjskie wieśniaki zagłosowały za zostaniem, ich wiedza dotycząca UE byłaby niepodważalna.
Po drugie, kwestii ekonomicznych nikt nie porusza, bo faktycznie nie znamy się na tym. Powtarzamy jedynie to, co przeczytamy w gazetach lub, raczej częściej, w Internecie. Jasne, filharmonia lub biblioteka zostaną sfinansowane przez Unię, ale nic nie jest za darmo. Ile kosztuje utrzymanie całego systemu w Brukseli? Nie wiem, ale myślę, że to są niewyobrażalne sumy. Utrzymanie całego systemu biurokratycznego, prawników, ekspertów, tłumaczy, polityków (!)... I uważaj, Polsko! Póki co cieszyłaś się wsparciem finansowym. Mam nadzieję, że dobrze nim gospodarowałaś, bo przychodzi czas, kiedy sama będziesz musiała wyłożyć na wsparcie innych krajów i oddać dług (choć nikt tak tego nie nazywa).
Po trzecie, pojawia się interesująca reakcja: "Specjaliści twierdzą, że Unii będzie lepiej bez Wielkiej Brytanii". To brzmi trochę jakby atrakcyjna i sympatyczna dziewczyna (nazwijmy ją Bonnie) odeszła od wychudzonego zgarbionego i dość opryskliwego chłopaka (nazwijmy go Hans). Ciotka Hansa broni krewniaka: "A niech idzie ta obrzydliwa dziewucha, Hansikowi będzie dużo lepiej bez niej. Tłumy dziewczyn już się do niego ustawiają. A ona była dla niego jedynie ciężarem." No pewnie tak - WB była ciężarem dla UE. Skoro jednak Unii będzie lepiej, skąd te kary i obciążenia za wyjście?
Po czwarte, imigranci. No powiedzmy sobie jasno - Wielka Brytania wychodzi z powodu niekontrolowanego napływu imigrantów. Tu wracamy do kwestii ekonomicznych. Jak to jest, że Europa jest tak ostrożna z kwestiami demograficznymi, uczy racjonalnego planowania rodziny, namawia do poszerzania jej tylko wtedy, gdy małżonkowie są finansowo stabilni (po spłaceniu kredytu za mieszkanie?)... a jednocześnie w ciągu jednego roku wpuszcza bezkrytycznie setki tysięcy dorosłych mężczyzn, którzy, wydaje mi się, mają nieco większe potrzeby niż niemowlaki. To raczej się nie kalkuluje.
Ale oprócz kwestii związanych z ekonomią są problemy społeczne i kulturowe (tak, to zabrzmiało iście zaściankowo. Spokojnie, dopiero się rozkręcam). Głosując za wyjściem, WB otrzymała etykietę
cofniętego, nietolerancyjnego i nacjonalistycznego państwa, które nie jest otwarte na międzykulturowość (modne słowo). Buahaha. Łatwo mówić takie rzeczy, mieszkając w Polsce - dość jednorodnym kulturowo kraju, gdzie wielokulturowość tak naprawdę to Science Fiction. Chyba że weźmiemy pod uwagę Romów, ale nie weźmiemy ich pod uwagę, bo oni się z nami nie ziomkują, nie edukują się, nie integrują. To nie o taką wielokulturowość nam chodzi. Szczerze mówiąc, to że Romowie się nie integrują, to jest część ich cygańskiego stylu życia i trochę żal by mi było wsysać ich w nasze coraz bardziej korpoludkowe społeczeństwo.
Czyli wielokulturowość tak, ale tylko w jakiś określony sposób, narzucony przez współczesne paradygmaty. OK. Wielokulturowość. Otwórzmy więc wschodnią granicę. Chciałabym zobaczyć, z jaką radością i z jak szeroko otwartymi rękami nasze społeczeństwo wita Ukraińców, Białorusinów i Rosjan. Wydaje mi się, że jednak witaliby naszych braci Słowian z mniejszym entuzjazmem niż imigrantów z Europy Zachodniej (gdyby się tacy zdarzyli).
Brytyjczycy są przeciwko imigrantom, więc są nacjonalistami. Zaraz, zaraz... Czemu inne państwa mają decydować o tym, kogo zainteresowane państwo ma wpuścić w swoje granice. Każda koncepcja umowy społecznej stwierdza, że społeczeństwo powstaje, by chronić członków objętych umową. Wewnętrznie i zewnętrznie. Jeżeli otwarcie przyjmujemy, że każda kontrola granicy, jest objawem nacjonalizmu i ksenofobii, to kwestionujemy osiemnastowieczne idee umowy społecznej. Dlaczego więc nadal się o nich mówi w szkole i na studiach? Przecież skoro są błędne (a najwyraźniej są, skoro się do nich nie stosujemy w praktyce) nie warto się nimi zajmować.
Może tego nie widać w każdej angielskiej dziurze, ale w Londynie angielskości nie ma. Narodowy charakter w stolicy państwa została zatracona. Nie zrozumie tego ktoś, kto nie wie, czym jest charakter angielski i kultura angielska. Z pewnością nie jest to pierdółka z wizerunkiem królowej do postawienia na biurku. To pewien charakter, który w wielokulturowym społeczeństwie zostaje zatracony. Ciekawe jest to, że tak się martwimy o małe kultury zagrożone wyginięciem, a o te duże nie. Cóż, kultura grecka też kiedyś umarła. Rzymska także. Więc to samo może stać się z angielską, francuską czy polską.
I ostatnia myśl: Tolerancja. Współczesne społeczeństwo wzywa do tolerancji. Wielokulturowość ma otwierać na innego. Mnie jednak coraz bardziej zastanawia jedna kwestia: po co? Bo odnoszę wrażenie, że 'otwieranie' w naszym społeczeństwie nie oznacza głębsze zrozumienie i zbliżenie do drugiego czlowieka. Racjonalnie owszem - poszerzamy wiedzę na temat innego. Ale ludzie otwierają się na jakiś konkretny, dany odgórnie krąg: inne narodowości, inne kultury. Mimo że społeczeństwo jest coraz bardziej otwarte, światłe, coraz więcej podróżuje, nadal nie widzę tego głębszego zrozumienia człowieka, empatii. Chcesz poznać kogoś innego? Zapukaj do sąsiada, przekonasz się, jak bardzo on jest inny. Ale do sąsiada nie pójdziemy. Wolimy to pseudootwarcie związane z poszerzaniem wiedzy dotyczącej innych narodowości. Pseudootwarcie, bo nie wymaga od nas głębszego dialogu, utożsamienia się czy dania coś z siebie. Jest to ta ponętna, egzotyczna obcość, z którą nie musimy wchodzić w relację. Chcesz poznać inność? Pogadaj czasem z bezdomnym, cyganem (uuu, to określenie chyba było nietaktowne :/), pijakiem, dziwną panią z osiedla chorującą na schizofrenię. Wejdź w ich świat i zobacz , co mają do powiedzenia.
Nie, mimo naszego otwarcia paradoksalnie staliśmy się sobie coraz bardziej obcy i oddaleni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz