piątek, 27 maja 2016

Moje Orvieto

Przyjaciel poeta mówi: „Jedziesz do Włoch, nie zapomnij wpaść do Orvieto”. Sprawdzam w przewodniku: tylko dwie gwiazdki. „Co tam jest?” — pytam. „Wielki plac, na placu trawa i katedra. W katedrze Sąd Ostateczny”. (Zbigniew Herbert "Il Duomo - Orvieto")

Wyobrażam sobie, rozbawione i ironiczne "Co tam jest?" Zbigniewa Herberta. Z pewnością właśnie te dwie gwiazdki w  przewodniku przechyliły szalę i pomogły mu zdecydować, że musi tam koniecznie pojechać - w końcu kto zaufa przewodnikom?

Moje Orvieto zaczęło się od tego eseju Zbigniewa Herberta, ale powędrowało o wiele dalej niż Sąd Ostateczny.

Byłyśmy w Rzymie już czwarty dzień: upał,  duchota i, niestety trzeba o tym wspomnieć, przykry zapach rzymskich ulic już nam zaczęły doskwierać. W czwartek zwiedzałyśmy Watykan z przesympatyczną pielgrzymką zapoznaną dzień wcześniej i miałyśmy ochotę wyjechać za Rzym. Mając cały czas w myślach "Orvieto" Herberta zaczęłam przeglądać strony internetowe w poszukiwaniu dodatkowych informacji. Okazało się, że Orvieto nie tylko jest znane z powalającego przedstawienia Sądu Ostatecznego, ale również mówi się o nim: Citta del Corpus Domini. Oooo... Poczytałyśmy, ile się dało na temat tego miasta i podjęłyśmy decyzję, że piątek spędzimy w oddalonym o 100 km od Rzymu Orvieto.

***

Około godziny 8:00 pociąg zajechał na stację znajdującą się u stóp góry, na szczycie której położone jest Orvieto. Wysiadłyśmy i wciągnęłyśmy powietrze, które okazało się zupełnie inne niż w dusznym Rzymie: ciepłe, ale rześkie i jakby bardziej dynamiczne. Wjechałyśmy funikolą (tak nazwałyśmy woskie kolejki funicolare) do bram miasta powoli budzącego się i leniwie wychodzącego z objęć Morfeusza. Na pustym placu stał autobus, a jego kierowca szykował się do odjazdu. Rozejrzałyśmy się szybko za kioskiem, niestety - jedyna budka w zasięgu wzroku była zamknięta. Za 5 minut miała się rozpocząć poranna msza w Il Duomo. Podbiegłyśmy więc do kierowcy i łamanym włoskim zaczęłam tłumaczyć, że chcemy dotrzeć do katedry, ale nie możemy kupić biletu, na co kierowca zapytał, czy miałyśmy bilet na funikolę, a następnie iście włoskim gestem (czyli machnięciem ręki) kazał nam wsiadać i nie przejmować się takimi drobiazgami. Tak zdążyłyśmy na mszę w mieście Bożego Ciała.

Il Duomo w Orvieto jest ogromne, ale poranna msza odbywa się w skromnej bocznej kapliczce wypełnionej relikwiami. We mszy uczestniczyło kilkanaście osób, które wprowadziły atmosferę niesamowitego skupienia. W katedrze jeszcze nie było turystów, co jeszcze mocniej podkreślało wagę tej godziny. Katolicy we Włoszech są niezwykle otwarci i zawsze na mszach czuję niezwykle dobrze i jakby we właściwym miejscu. Tu też tak było. Starsza włoszka, która siedziała koło mnie kilka razy się uśmiechnęła, a na koniec pogodnie powiedziała "Ciao". Czemu nie? W końcu przez godzinę brałyśmy udział w Uczcie Pańskiej. Czy to już nie powinno wytworzyć więzi?

Na koniec mszy wystawiono korporał. Ten korporał.

***

W 1263 pewien kapłan wybrał się na spacer do Rzymu. 
Wyruszył z Pragi, więc oczywiście spacer nie należał do najkrótszych i miał charakter religijny, możemy go więc określić mianem pielgrzymki. Ów ksiądz Piotr postanowił pielgrzymować do grobów Piotra i Pawła w intencji  swoich własnych problemów duchowych. Pod wpływem szerzących się w Europie herezji dotyczących obecności Chrystusa pod postacią chleba i wina nasz pielgrzym również miał wątpliwości. Pielgrzymka miała na celu zapewne wyproszenie u Boga łaski wiary. Gdy był już bardzo blisko Rzymu (a 30 km od Orvieto), zatrzymał się w niewielkiej miejscowości, Bolsenie, by odprawić mszę przy grobie św. Krystyny. Podczas sprawowania Eucharystii w małej grocie, w chwili konsekracji, Hostia zaczęła krwawić. Krew spłynęła na korporał, obrus ołtarzowy. Przestraszony kapłan chciał szybko schować Ciało i Krew Chrsytusa w zakrystii, wówczas krople krwi spadły również na posadzkę. Według innych podań ks. Piotr tak się przestraszył, że opuścił Hostię na ziemię.

Gdy kapłan zorientował się, że miał do czynienia z cudem eucharystycznym, poinformował o tym papieża Urbana IV. Papież wysłał do Bolseny biskupa Orvieto Giacoma, który zbadał sprawę, wysłuchał relacji świadków i stwierdził, że faktycznie był w tym miejscu cud. Urban IV, który wówczas rezydował w pobliskim Orvieto, wprowadził do miasta Hostię i zakrwawiony korporał w procesji. Urban IV widział potrzebę pokazania tego cudu, żeby wzmocnić wiarę wiernych w czasach głoszonych herezji. To dało początek procesjom Bożego Ciała.

***

Był więc rok 2014, 750-lecie uroczystości Corpus Christi, niecały tydzień przed obchodzonym świętem, a my klęczałyśmy przed starym, poplamionym krwią Pana korporałem, który to wszystko zapoczątkował. Aż trudno było uwierzyć że jest się w tym miejscu, w tym czasie przed tym właśnie relikwiarzem.

Następnie poszłyśmy obejrzeć kaplicę Sądu Ostatecznego. Sądowi trzeba by poświęcić osobny tekst. W każdym razie cała katedra Orvieto robi ogromne wrażenie, dużo większe niż Bazylika św. Piotra i Kaplica Sykstyńska. Może to wynik mniejszej liczby turystów, a może mniejszych upałów, może sugestii Zbigniewa, ale godzina spędzona w kaplicy Sądu Ostatecznego sprawiła, że naprawdę zaczęłam inaczej odbierać księgę Objawienia św. Jana ;) Nie dziwię się już, że ci ludzi średniowiecza tak się Apokalipsy bali! Przedstawienie diabłów porywających grzeszników było tak sugestywne i przerażające. Kolory użyte przez artystę na panelu "Potępienie" z ogromną siłą przemawiają do wyobraźni. Wzrok niemal od razu przykuwa lecący na pierwszym planie demon trzymający na grzbiecie kobietę: jedną ręką chwyta ją w przegubie, a palce drugiej wplata w jej palce. Kobieta w tej scenie nie może się uwolnić. 
Tak zresztą działa grzech – oplata nas i brutalnie nas porywa pod przykrywką przyjemnego, łatwego życia. Tyle że póki nie ma Sądu Ostatecznego zawsze jest wyjście, cień nadziei na zmianę. Bóg, który wyzwala.

***

Po wyjściu z katedry usiadłyśmy na wielkim placu i wdychałyśmy świeże powietrze. Było ciepło, ale już nie tak duszno jak w Rzymie. Na placu rozstawiano scenę i trybuny. Wieczorem miał się odbyć koncert. Całe Orvieto świętowało swój jubileusz.
Mogłyśmy pójść na gelato, mogłyśmy zwiedzić podziemia miasta. Postanowiłyśmy się jednak dowiedzieć, o której wyruszają autobusy do Bolseny. Włoszka w informacji powiedziała, że za pół godziny odjeżdża jedyny bus do Bolseny, a o 17:00 jest powrót jedynego busa. Podniosłyśmy brwi, wyrażając nasze „Hmm.. ryzykownie”… I pojechałyśmy do Bolseny!

Gruby Włoch kierowca przywitał nas i jeszcze jednego pasażera z szerokim uśmiechem i w czwórkę pojechaliśmy do Boleseny. Zostawiliśmy za sobą miasto na górze, zjeżdżając krętymi drogami do średniowiecznego miasteczka nad jeziorem. Chciałyśmy koniecznie odwiedzić miejsce cudu eucharystycznego, ale też grób św. Krystyny, patronki Mamy.

Przyjechałyśmy na czas sjesty, sanktuarium było zamknięte. Usiadłyśmy więc nad jeziorem, zjadłyśmy pizzę z prawdziwym ananasem (nie takim z puszki – prawdziwym!) i chłonęłyśmy spokój Bolseny. Po kilku dniach spędzonych w zatłoczonym, głośnym Rzymie było to jak siedzenie na Hawajach.

Sanktuarium też różniło się od tych rzymskich. Przede wszystkim kościelny chyba był nieprzyzwyczajony do turystów i to jeszcze zza granicy. Niemniej dogadaliśmy się jakoś dzięki naszym podstawom włoskiego i gestykulacji, a jego szczerej chęci zrozumienia  nas. Bardzo się ucieszył z naszej wizyty i pokazał nam grób św. Krystyny znajdujący się w podziemiach. Przy grobie jest mała, niezwykle skromna kaplica znajdująca się w grocie. W kaplicy stoi kamienny ołtarz przy którym ks. Piotr sprawował Eucharystię. Atmosfera miejsca jest niesamowita.

Pomodliłyśmy się więc, kupiłyśmy kilka pocztówek od kościelnego i poszłyśmy szukać transportu do Orvieto. Stres, że bus może nie przyjechać albo że stoimy w złym miejscu (nie było przystanku, czekałyśmy w miejscu, gdzie nam polecił wcześniej kierowca), minął kiedy zobaczyłyśmy ten sam bus i naszego uśmiechniętego kierowcę, który nas do Bolseny zawiózł. Tym razem więcej osób jechało do Orvieto – może około siedmiu. Podróż w drugą stronę była fantastyczna. Jechaliśmy w stronę wzgórza obwarowanego średniowiecznym murem, na którym było kilka domków i majestatyczne gotyckie Il Duomo. Próbowałyśmy zrobić zdjęcie, ale cały czas wychodziły zamazane. Kierowca spojrzał na nas w lusterku wstecznym i odezwał się z mocnym włoskim akcentem.
- You’a wanta take’a photo?
I nie czekając na odpowiedź zatrzymał się przy punkcie widokowym. Wszyscy pasażerowie, turyści, byliśmy nieco zaskoczeni, ale przyjęliśmy ten gest z wdzięcznością i wszyscy wyszliśmy robić zdjęcia. Było to tak integrujące, swojskie i spontaniczne, że więcej nie mogłabym sobie zażyczyć w mojej podróży do Orvieto. Nasz kierowca, który zawiózł nas do Bolseny, zabrał nas z powrotem do Orvieto, teraz zatrzymał się, niczym przewodnik wycieczki i zachęcał do robienia sobie pamiątkowych zdjęć.
To było tak iście włoskie!

Tak, poeto, miałeś rację.
Orvieto. Jest tam plac, a na placu wielka katedra, a w katedrze Sąd Ostateczny. Przerażający Sąd. Ale w innej kaplicy trwa cicho poplamiony Krwią korporał – symbol Miłości, która została z nami. Miłości, która nie chce potępienia, tylko tak bardzo pragnie zmartwychwstania ciał, że po wniebowstąpieniu została z nami przedziwnym ciele, jakim jest chleb i wino.
Ta miłość 752 lata temu dopomniała się o to, żeby ją pokazywać ludziom, których kocha; żeby mogła nam błogosławić; żebyśmy mogli spojrzeć jej w oczy i się uśmiechnąć do niej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz