Bo Kościół musi to przemyśleć... Kościół źle zadecydował... Kościół się nie przyznał... Kościół się przyznał....Kościół powinien... Kościół nie powinien... Bóg tak, Kościół nie... Kościół to... Kościół tamto...Kościół, Kościół, Kościół...
Kim właściwie jest ten Kościół?
Pytam "kim" a nie "czym", bo skoro tyle (nie)robi, to chyba posiada jakąś podmiotowość. Kto zatem tworzy Kościół? No przecież: biskupi i księża.
Pamiętam lekcję religii w gimnazjum, na której mieliśmy zastępstwo z matematykiem-zagorzałym komunistą. Nauczyciel zaproponował temat "Kościół źródłem zła" i zaczęła się debata, w której odegrałam rolę obrończyni Kościoła. Z perspektywy czasu widzę bezsens tej dyskusji wynikający m.in. z różnic w przyjętych definicjach Kościoła. Matematyk cały czas mówił o Kościele w kategoriach biskupów, ja z kolei rozumiałam Kościół jako ogół ochrzczonych ludzi. Na rozmowę wtedy byłam zupełnie nieprzygotowana, więc chyba nikogo nie przekonałam, ale(!) pamiętam taką chwilę mojego zamieszania i zupełnego zbicia z tropu, kiedy matematyk powiedział "Przecież ja do ciebie nic nie mam... Mnie tu chodzi o Kościół". Zdziwiło mnie bardzo to stwierdzenie, bo jak to? Ja nie jestem Kościołem?! To kim ja, przepraszam, jestem?
Problem w tym, że w społeczeństwie zatraciło się biblijne, metafizyczne rozumienie Kościoła: ta wspólnotowość i troska o siebie nawzajem nie dlatego, że jesteśmy członkami jakiejś organizacji, a dlatego że tworzymy Ciało Chrystusa.
I nie trzeba być wielkim teologiem, wystarczy zatrzymać się nad modlitwą Ojcze Nasz. To ona pokazuje nam wspólnotowość Kościoła i nastawienie na bliźniego. To nie mój Ojciec, a nasz. Pisze o tym Benedykt XVI w Jezusie z Nazaretu.
Istotna dla modlitwy dyskrecja nie wyklucza modlitwy wspólnej. Samo Ojcze nasz jest 115 modlitwą w liczbie mnogiej; tylko w łączności z „my" dzieci Bożych możemy w ogóle przekraczać granicę tego świata i wznosić się do Boga. To „my" pobudza jednak najbardziej wewnętrzną warstwę mojej osoby. W modlitwie ten jej całkowicie osobisty charakter i wymiar wspólnotowy muszą się wzajemnie przenikać[...]
Benedykt XVI, Jezus z Nazaretu. Część I. Od chrztu w Jordanie do Przemienia, przeł. Wiesław Szymona OP, Kraków 2007, s. 115-116.
To nie taka prosta sprawa, bo w końcu jak często udaje nam się w kościele wypowiedzieć wspólnie te dwa słowa "Ojcze Nasz"? Podczas mszy ksiądz lub organista zaczyna modlitwę, a wierni wchodzą na "któryś jest w niebie" lub "święć się Imię Twoje". Podczas różnych nabożeństw jest ta sama sytuacja.
A jednak Modlitwa Pańska jest przepełniona różnymi formami tego zaimka: my, nasz, naszego, nasze, naszym, nas, nam... Właściwie można byłoby przy pomocy tekstu tej modlitwy uczyć cudzoziemców odmiany zaimka "my".
Anna Wierzbicka, językoznawczyni zajmującą się semantyką. zaproponowała wyjaśnienie tej modlitwy za pomocą uniwersalnych słów. Przedstawiła tę propozycję na wykładzie na Uniwersytecie Warszawskim w 1998 r. Oto pierwszy fragment: Ojcze Nasz, któryś jest w niebie
Myślę o Tobie tak:
Ty jesteś kimś nie takim jak ludzie
ludzie istnieją, bo Ty chcesz, żeby istnieli
Ty znasz wszystkich ludzi
Ty chcesz robić dobre rzeczy dla wszystkich ludzi
Ty możesz robić dobre rzeczy dla wszystkich ludzi
gdybyś Ty nie robił dobrych rzeczy dla wszystkich ludzi, ludzie nie mogliby żyć
jednocześnie myślę o Tobie tak:
ludzie nie mogą Cię widzieć, bo Ty nie jesteś kimś takim jak ludzie
ludzie mogą Cię znać, kiedy chcą robić dobre rzeczy dla innych ludzi
tak jak Ty chcesz robić dobre rzeczy dla wszystkich ludzi
ja wiem:
wszyscy inni ludzie mogą myśleć o Tobie tak samo
wszyscy inni ludzie są jak ja
dlatego kiedy myślę o Tobie, chcę myśleć o innych ludziach
[źródło: http://www.depotuw.ceon.pl/bitstream/handle/item/248/pawlas-drat.pdf?sequence=1]
Oczywiście takie "uproszczenie" może budzić sprzeciw. Czy językoznawczyni może wyjaśniać słowa Jezusa za pomocą ograniczonego zasobu uniwersalnych wyrazów w takim uproszczeniu? Czy ma w ogóle do tego kompetencje? Czy nie jest to zbytnia trywializacja?
Kiedy pierwszy raz usłyszałam interpretację Wierzbickiej, mocno się skrzywiłam i pomyślałam "To chyba jakiś żart. Co ona znowu wymyśliła?". Teraz jednak coraz bardziej dostrzegam nie tylko wartość językoznawczą, ale dużą zbieżność z myślą Kościoła. To co uderza, jest wyraźne skoncentrowanie na innych ludzi. Modlitwa nie jest tylko moją relacją z Bogiem, a stanowi pewną rozmowę z Nim o Naszej więzi, która naturalnie jest skierowana na relację z innymi, którzy są "jak ja".
Aż ciarki przechodzą :)
I taka interpretacja pokrywa się z myślą zawartą we wspomnianej już książce Benedykta XVI.
To tyle, pozdrawiam wszystkich, którzy dobrnęli do końca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz