poniedziałek, 18 lipca 2016

Gość Abrahama

Pan ukazał się Abrahamowi pod dębami Mamre, gdy ten siedział u wejścia do namiotu w najgorętszej porze dnia. Abraham spojrzawszy dostrzegł trzech ludzi naprzeciw siebie. Ujrzawszy ich podążył od wejścia do namiotu na ich spotkanie. A oddawszy im pokłon do ziemi, rzekł: O Panie, jeśli darzysz mnie życzliwością, racz nie omijać Twego sługi! Przyniosę trochę wody, wy zaś raczcie obmyć sobie nogi, a potem odpocznijcie pod drzewami. Ja zaś pójdę wziąć nieco chleba, abyście się pokrzepili, zanim pójdziecie dalej, skoro przechodzicie koło sługi waszego. A oni mu rzekli: Uczyń tak, jak powiedziałeś.

wtorek, 12 lipca 2016

zaszufladkowani

Siedzą sobie w jednej szufladzie Adaś i Julek. Obaj cierpią, bo są beznadziejnie i bez wzajemności zakochani w dziewczynie o słowiańskim imieniu: Polska. A ona? Polska owszem szanuje swoich amantów, akceptuje ich obecność. Pamięta nawet czasy, kiedy była w obu zakochana po uszy. Ale to była młodość górna i durna, jak to Adaś mawia. Oni uparli się w tym zakochaniu i dalej piszą staroświeckie, podniosłe wiersze, wylewają łzy, rozczulają się, mają nadzieję na wspólną przyszłość z Polską...

Dziewczyna z lekkim skrępowaniem obserwuje ich śmieszne starania. Wolałaby, żeby dali sobie już spokój, zapomnieli o przeszłości i znaleźli inną ofiarę swoich dziwnych, archaicznych zalotów. W końcu świat idzie do przodu; Polska więc wyrzuciła z szafy dziewiętnastowieczną bieliznę, a założyła szorty dżinsowe i konwersy, do tego bluzkę z jednym odsłoniętym ramieniem. Tak oczywiście ubiera się w domu i na wypady za miasto ze swoim nowym chłopakiem - umięśnionym motocyklistą. W pracy nosi ubrania zgodnie z panującym w jej korporacji dress code'em - biała koszulka z rękawami do łokci, czarna dopasowana spódnica, buty na obcasach, cielisty stanik... 

Adaś i Julek nadal piszą sonety i wzdychają. Polska czuje się niezręcznie, ale nie powie im wprost, że nie chce ich znać. Nie. Czuje do nich sentyment ze względu na dawne czasy, a poza tym - przecież nie wypada. W końcu lubi ich i szanuje. Bierze więc do ręki Adasia i Julka, którzy, jak się okazuje, mają niewiele więcej niż 10 cm wzrostu, wkłada do szuflady z napisem Romantique i idzie na koncert z motocyklistą.

Adaś i Julek siedzą w szufladzie i wzdychają. 

ADAŚ: Ach! Ona jest taka wspaniała...
JULEK: Kocham ją, ale nie ma w niej iskry... nie ma w niej ducha polskości. Już dawno temu zatraciła go zupełnie.
ADAŚ: Jaka cudowna, miód spijałbym z jej ust...
JULEK: Kocham ją, ale z jej ust padają same przekleństwa i kłamstwa.
ADAŚ: Trzeba ją uratować przed motocyklistą. Ona jest z nim taka nieszczęśliwa...
JULEK: Kocham ją, ale ona żyje w kłamstwie.

Rozmarzenie w spojrzeniu Adasia nagle zamienia się w niepokój. Mickiewicz spogląda na Słowackiego.
Ten, marszcząc brwi, patrzy przed siebie. Nie miał i nie ma żadnych złudzeń: straciła urok i czar, a ich wiersze tego nie zmienią. Julek wzdycha zrezygnowany.

Adaś jest rasowym romantykiem, a więc ma w sobie pokłady empatii, która podpowiada, że czas zmienić temat. Skoro mają spędzić w tej szufladzie jeszcze trochę czasu, to może warto zastanowić się nad kwestiami naprawdę istotnymi.

- Czemu właściwie wrzuciła nas do tej samej szuflady? - pyta zdumiony.






poniedziałek, 11 lipca 2016

Practical arrangement


pilot



Pilot: Może polecisz ze mną?
 [...]
Walter: Teraz wylatujesz?
Pilot: Tylko dokończę piwo..
Walter: Pogoda nie wygląda za ciekawie
Pilot: Nie wygląda..
Walter: Chyba nadchodzi burza
Pilot: No...
[...]
Walter: Więc po prostu... po prostu dokończysz piwo i potem... polecisz helikopterem...
Pilot: No... Jestem trochę zdenerwowany burzą, więc muszę wciągnąć kilka piw.
Walter: OK, nie polecę z tobą.
Pilot: (beka) no..


Walter poleci z pilotem. Walter cudem ujdzie z życiem.
Życie Waltera totalnie się zmieni.

Czasem warto stracić grunt pod nogami, żeby zmienić dotychczasowy styl życia, poznać nowych ludzi, spojrzeć z innej perspektywy. Samozadowolenie wypływające z naszych przyzwyczajeń, utrzymywania status quo i złudnego poczucia bezpieczeństwa to jedna z przeszkód na drodze chrześcijanina. To wręcz miraż: wydaje nam się, że dotarliśmy do cudownej oazy, tymczasem giniemy z pragnienia i grzęźniemy w piachu. Czasem więc warto porzucić to poczucie bezpieczeństwa, stanąć w prawdzie, zrezygnować z grzecznego-bo-nie-wypada-inaczej życia, ruszyć cztery litery i wskoczyć z pijanym pilotem do helikoptera.






czwartek, 7 lipca 2016

Brexitowe wykluczenie

W kontekście Brexitu (i-nie-tylko) zadziwia mnie, ile ideologii, emocjonalności i stronniczości może być w debacie publicznej. 

Po pierwsze, są opinie, że to prowincja głosowała za wyjściem z UE i są to ludzie, którzy nawet nie wiedzą, czym jest Unia Europejska. No hello - studiowałam przez trzy lata kierunek o profilu politologicznym i chyba sama nie do końca wiem, czym jest UE i jaki jest jej status (a przynajmniej mam wrażenie, że coraz mniej wiem na ten temat). Oczywiście to są argumenty osób, które uważają, że Brexit będzie czymś złym. Gdyby te same brytyjskie wieśniaki zagłosowały za zostaniem, ich wiedza dotycząca UE byłaby niepodważalna.

Po drugie, kwestii ekonomicznych nikt nie porusza, bo faktycznie nie znamy się na tym. Powtarzamy jedynie to, co przeczytamy w gazetach lub, raczej częściej, w Internecie. Jasne, filharmonia lub biblioteka zostaną sfinansowane przez Unię, ale nic nie jest za darmo. Ile kosztuje utrzymanie całego systemu w Brukseli? Nie wiem, ale myślę, że to są niewyobrażalne sumy. Utrzymanie całego systemu biurokratycznego, prawników, ekspertów, tłumaczy, polityków (!)... I uważaj, Polsko! Póki co cieszyłaś się wsparciem finansowym. Mam nadzieję, że dobrze nim gospodarowałaś, bo przychodzi czas, kiedy sama będziesz musiała wyłożyć na wsparcie innych krajów i oddać dług (choć nikt tak tego nie nazywa).

Po trzecie, pojawia się interesująca reakcja: "Specjaliści twierdzą, że Unii będzie lepiej bez Wielkiej Brytanii". To brzmi trochę jakby atrakcyjna i sympatyczna dziewczyna (nazwijmy ją Bonnie) odeszła od wychudzonego zgarbionego i dość opryskliwego chłopaka (nazwijmy go Hans). Ciotka Hansa broni krewniaka: "A niech idzie ta obrzydliwa dziewucha, Hansikowi będzie dużo lepiej bez niej. Tłumy dziewczyn już się do niego ustawiają. A ona była dla niego jedynie ciężarem."  No pewnie tak - WB była ciężarem dla UE. Skoro jednak Unii będzie lepiej, skąd te kary i obciążenia za wyjście?

Po czwarte, imigranci. No powiedzmy sobie jasno - Wielka Brytania wychodzi z powodu niekontrolowanego napływu imigrantów. Tu wracamy do kwestii ekonomicznych. Jak to jest, że Europa jest tak ostrożna z kwestiami demograficznymi, uczy racjonalnego planowania rodziny, namawia do poszerzania jej tylko wtedy, gdy  małżonkowie są finansowo stabilni (po spłaceniu kredytu za mieszkanie?)... a jednocześnie w ciągu jednego roku wpuszcza bezkrytycznie setki tysięcy dorosłych mężczyzn, którzy, wydaje mi się, mają nieco większe potrzeby niż niemowlaki. To raczej się nie kalkuluje.

Ale oprócz kwestii związanych z ekonomią są problemy społeczne i kulturowe (tak, to zabrzmiało iście zaściankowo. Spokojnie, dopiero się rozkręcam). Głosując za wyjściem, WB otrzymała etykietę
cofniętego, nietolerancyjnego i nacjonalistycznego państwa, które nie jest otwarte na międzykulturowość (modne słowo). Buahaha. Łatwo mówić takie rzeczy, mieszkając w Polsce - dość jednorodnym kulturowo kraju, gdzie wielokulturowość tak naprawdę to Science Fiction. Chyba że weźmiemy pod uwagę Romów, ale nie weźmiemy ich pod uwagę, bo oni się z nami nie ziomkują, nie edukują się, nie integrują. To nie o taką wielokulturowość nam chodzi. Szczerze mówiąc, to że Romowie się nie integrują, to jest część ich cygańskiego stylu życia i trochę żal by mi było wsysać ich w nasze coraz bardziej korpoludkowe społeczeństwo. 

Czyli wielokulturowość tak, ale tylko w jakiś określony sposób, narzucony przez współczesne paradygmaty. OK. Wielokulturowość. Otwórzmy więc wschodnią granicę. Chciałabym zobaczyć, z jaką radością i z jak szeroko otwartymi rękami nasze społeczeństwo wita Ukraińców, Białorusinów i Rosjan. Wydaje mi się, że jednak  witaliby naszych braci Słowian z mniejszym entuzjazmem niż imigrantów z Europy Zachodniej (gdyby się tacy zdarzyli).

Brytyjczycy są przeciwko imigrantom, więc są nacjonalistami. Zaraz, zaraz... Czemu inne państwa mają decydować o tym, kogo zainteresowane państwo ma wpuścić w swoje granice. Każda koncepcja umowy społecznej stwierdza, że społeczeństwo powstaje, by chronić członków objętych umową. Wewnętrznie i zewnętrznie. Jeżeli otwarcie przyjmujemy, że każda kontrola granicy, jest objawem nacjonalizmu i ksenofobii, to kwestionujemy osiemnastowieczne idee umowy społecznej. Dlaczego więc nadal się o nich mówi w szkole i na studiach? Przecież skoro są błędne (a najwyraźniej są, skoro się do nich nie stosujemy w praktyce) nie warto się nimi zajmować.

Może tego nie widać w każdej angielskiej dziurze, ale w Londynie angielskości nie ma. Narodowy charakter w stolicy państwa została zatracona. Nie zrozumie tego ktoś, kto nie wie, czym jest charakter angielski i kultura angielska. Z pewnością nie jest to pierdółka z wizerunkiem królowej do postawienia na biurku. To pewien charakter, który w wielokulturowym społeczeństwie zostaje zatracony. Ciekawe jest to, że tak się martwimy o małe kultury zagrożone wyginięciem, a o te duże nie. Cóż, kultura grecka też kiedyś umarła. Rzymska także. Więc to samo może stać się z angielską, francuską czy polską. 

I ostatnia myśl: Tolerancja. Współczesne społeczeństwo wzywa do tolerancji. Wielokulturowość ma otwierać na innego. Mnie jednak coraz bardziej zastanawia jedna kwestia: po co? Bo odnoszę wrażenie, że 'otwieranie' w naszym społeczeństwie nie oznacza głębsze zrozumienie i zbliżenie do drugiego czlowieka. Racjonalnie owszem - poszerzamy wiedzę na temat innego. Ale ludzie otwierają się na jakiś konkretny, dany odgórnie krąg: inne narodowości, inne kultury. Mimo że społeczeństwo jest coraz bardziej otwarte, światłe, coraz więcej podróżuje, nadal nie widzę tego głębszego zrozumienia człowieka, empatii. Chcesz poznać kogoś innego? Zapukaj do sąsiada, przekonasz się, jak bardzo on jest inny. Ale do sąsiada nie pójdziemy. Wolimy to pseudootwarcie związane z poszerzaniem wiedzy dotyczącej innych narodowości. Pseudootwarcie, bo nie wymaga od nas głębszego dialogu, utożsamienia się czy dania coś z siebie. Jest to ta ponętna, egzotyczna obcość, z którą nie musimy wchodzić w relację. Chcesz poznać inność? Pogadaj czasem z bezdomnym, cyganem (uuu, to określenie chyba było nietaktowne :/), pijakiem, dziwną panią z osiedla chorującą na schizofrenię. Wejdź w ich świat i zobacz , co mają do powiedzenia.
Nie, mimo naszego otwarcia paradoksalnie staliśmy się sobie coraz bardziej obcy i oddaleni.






wtorek, 5 lipca 2016

Pustynia

To mówi Pan: Chcę przynęcić niewierną oblubienicę, na pustynię ją wyprowadzić i mówić do jej serca i będzie Mi tam uległa jak za dni swej młodości, gdy wychodziła z egipskiego kraju. I stanie się w owym dniu - wyrocznia Pana - że nazwie Mnie: Mąż mój, a już nie powie: Mój Baal. I poślubię cię sobie [znowu] na wieki, poślubię przez sprawiedliwość i prawo, przez miłość i miłosierdzie. Poślubię cię sobie przez wierność, a poznasz Pana. (Oz 2,16.17b-18.21-22)

Niekiedy odnoszę wrażenie, że pustynia stała się dla katolików metaforą zbyt szeroką. Jestem w trudnym położeniu - jestem na pustyni. Jestem osamotniony - jestem na pustyni. Mam kryzys wiary - jestem na pustyni. 

Owszem, to wszystko w pewnym sensie jest związane z pustynią. Jednak szerokie traktowanie biblijnej pustyni może doprowadzić do nieuzasadnionego złagodzenia owej metafory i utraty jej prawdziwego wymiaru. Pustynia to nie jest jakakolwiek trudna życiowa sytuacja. Niektóre sytuacje, mimo że groźne, nie przypominają wcale pustyni. Gdy jesteśmy w kompletnym chaosie,  jesteśmy raczej w dżungli. Kiedy ludzie nas osaczają z każdej strony, też jesteśmy w dżungli. Na pustyni Egipcjanie wcale nie osaczali Izraelitów. Ścigali ich, ale nie osaczali. Pozostawali gdzieś z tyłu. 

Nie, pustynia to sytuacja, w której niczego nie ma. Jest Nic.Pustka.  Nie ma wody, nie ma jedzenia, przez jakiś czas nawet nie ma wrogów. I nie  ma nadziei. Pustynia oznacza bycie zdanym wyłącznie na Boga, poleganie na Nim wbrew wszelkim racjonalnym przesłankom. 

Alessandro Pronzato w "Rozważaniach na piasku" przywołuje sytuację Hagar w Księdze Rodzaju. Hagar zostaje wygnana na pustynię i nie ma żadnej nadziei. Czeka na śmierć swojego dziecka. Wtedy anioł odkrywa przed nią studnię. Pronzato zaznacza, że modlitwa czyniąca cuda, to ta, w której człowiek całkowicie odcina się od innych środków bezpieczeństwa i całkowicie zawierza Bogu. Często modlimy się z niezwykłą żarliwością, ale zostawiamy sobie furtki na wypadek, gdyby Pan Bóg był zajęty czymś innym. W razie czego możemy zadzwonić do przyjaciela, prosząc o poradę w jakiejś sprawie lub na własną rękę zacząć zmieniać rzeczywistość. Tymczasem Bóg przychodzi wtedy, kiedy my odetniemy wszystkie zabezpieczające liny. 



Mamy nadzieję do samego końca... Następuje koniec, a Bóg dalej milczy. Spóźnił się, nie pomógł mimo naszych modlitw. Nie dał tego, o co prosiliśmy.
Czasami spóźnia się, bo chce nas wskrzesić, tak jak Łazarza. 
Czasami czeka na Jaira, który przyjdzie do niego po śmierci córki i poprosi o przywrócenie jej życia.

Jezus czeka, bo chce pokazać, że nie tylko naprawia usterki naszej rzeczywistości, ale zmienia ją, tworzy od nowa. Bóg to nie żaden Pan Złota Rączka, ale Rzeźbiarz.

Myślę sobie, że przyjaciele Jaira przez grzeczność i delikatność nie pukali się w głowy, ale z pewnością kiwali współczująco głowami, dowiedziawszy się, że ojciec zmarłej dziewczynki, idzie do Jezusa prosić o przywrócenie do życia. Co za pomysł! Totalne szaleństwo. Postępowanie sprzeczne nie tylko z racjonalnym myśleniem, ale z wszelkimi prawami panującymi w rzeczywistości.
A jednak Jair poszedł.

---

I jeszcze jedna sprawa. Hagar została wykorzystana, a następnie odrzucona i upokorzona przez Sarę i Abrahama. U Abrahama jednak miała dom, pewną stabilność, jakąś przyszłość. Wyobrażam sobie, że na tej pustyni Hagar siedziała i czuła rozgoryczenie z powodu takiego obrotu spraw. Może kochała Abrahama. Może chciała wrócić... Anioł Boży, który przyszedł do Hagar nie wziął jej na ręce i nie poleciał z nią z powrotem do Abrahama. Nie ukarał też Sary. 
Anioł tylko wskazał jej studnię, żeby mogła pójść dalej.

Alessanro Pronzato przypomina, że na pustyni idzie się dalej, do przodu,
Od studni do studni,
Nie oglądając się wstecz.



piątek, 1 lipca 2016

I'm gonna live my life





If there's one thing I hang on to,
That gets me through the night.
I ain't gonna do what I don't want to,
I'm gonna live my life.
Shining like a diamond, rolling with the dice,
Standing on the ledge, I show the wind how to fly.
When the world gets in my face,
I say, Have A Nice Day.
Have A Nice Day