wtorek, 3 maja 2016

Lekcja pokory

I. Wypadek

Przed południem jechałam na lekcje muzyki. Wyjechałam wcześniej, żeby zdążyć. Po drodze coś się jednak zdarzyło.
Jako kobieta mogłabym w szczegółach napisać jakieś 3 arkusze wydawnicze o tym, jak do tego zdarzenia doszło, gdzie doszło, jakie emocje mi towarzyszyły w czasie zdarzenia i po nim... Ale to nie o to chodzi, bo wpis ma być o lekcji pokory. Przejdę więc od razu do centrum zdarzenia: Stałam na środku ścieżki rowerowej, pocieszając małą Amelkę, która wpadła w histerię i krzyczała wniebogłosy. Mama Amelki, Iza, siedziała na ziemi zakrwawiona, w lekkim szoku, ale mimo wszystko przytomna i trzeźwo myśląca, mały Tymek nerwowo chodził tam i z powrotem, a ojciec dzwonił z mojej komórki po karetkę. Całą czwórkę poznałam dwie minuty wcześniej. Iza dość niefortunnie spadła z roweru i nie było opcji, żeby o własnych siłach wróciła do domu.

Czekaliśmy więc na karetkę i odniosłam wrażenie, że rodzina z jednej strony chciała mojej obecności (zwłaszcza, że miałam komórkę), a z drugiej - jakby byli skrępowani, że zabierają mi czas. To skrępowanie niemal mnie uraziło. Po pierwsze, jestem wolną osobą i mogę rozporządzać moim czasem swobodnie, a nie być obrzydliwie kapitalistycznie od niego uzależnioną. To pewne dobro, którym ja mogę zarządzać, a nie odwrotnie. Ludzie zatem powinni to uszanować i przyjąć mój czas, skoro chcę im go dać. Po drugie, chciałam pomóc. Bo tak już jest. Ktoś leży, ktoś ma problem, to inni powinni pomóc! I to jest jasne i naturalne.
Wyjaśniłam więc delikatnie, ale stanowczo, że zostanę, bo lepiej, żeby było dwoje ludzi dorosłych przy poszkodowanej.

Bezinteresowna pomoc? Może...

II. Grosik

Po południu wracałam z muzyki i skoczyłam do sklepu budowlanego, żeby kupić farbę koloru "Słoneczne Sari" (czyli żółtego). Przy kasie pani poprosiła o 6 groszy. Zaczynam grzebać w portfelu, a pani kasjerka od razu wydała mi resztę, jakby z góry założyła, że znajdę te sześć groszy. Pokręciłam głową i położyłam na taśmie pięciogroszówkę. 

- Nie będzie sześciu, mam tylko piątkę.

I nagle czyjaś dłoń dołożyła grosik do mojej pięciogroszówki !

Odwróciłam się. Za mną w kolejce stała kobieta w średnim wieku z nastoletnią córką. Matka tylko wzruszyła ramionami i parsknęła śmiechem, zdumiewająco rozbawiona całą sytuacją. Jakby chciała powiedzieć "Jeden grosz? A co mi tam! Masz, dziewczyno, grosz". Uśmiechnęłam się i podziękowałam.

Tak to oczywiście wyglądało z zewnątrz, bo nikt nie byłby w stanie dostrzec, jak lawa niemal wykipiała z mojego aktywnego w tym momencie wulkanu pychy. Moje podziękowanie i przyjęcie grosika być może stanowiło jakąś próbę powstrzymania erupcji. Bo w ułamku sekundy przed podziękowaniem przez moją głowę przebiegły małe personifikacje pychy, które wykrzykiwały hasła, rzekomo mające służyć zachowaniu mojej godności:
- Co? Obca baba ma ci pieniądze dawać?
- Kto ty jesteś? Cyganka?
- To jakiś żart...
- To nie twój grosz, nie bierz.
- Oszalałaś? Masz pieniądze, kasjerka może ci wydać inaczej.
- Jeśli masz choć trochę honoru, nie weźmiesz tego...
- To jak żebractwo, a fe!

To trwało ułamek sekundy, a uświadomiłam sobie ów mętlik w głowie dopiero po wyjściu ze sklepu. Dopiero wracając i analizując sytuację, zdałam sobie sprawę z tego, że część mnie wcale nie chciała tego grosika przyjąć.

III. Paradoks

Parę godzin wcześniej oburzałam się, że rodzina skrępowana była tym, że oddaję im mój czas (jakże cenny zresztą; czas to część ziemskiego życia, której nikt nam nie zwróci). Teraz zaś, nie potrafiłam jednego grosza przyjąć od obcej osoby. 

Czasami łatwiej jest dać, niż przyjąć. Biskup Ryś kiedyś napisał, że w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie utożsamiamy się raczej z osobami, które przechodziły obok poszkodowanego, czasem z Samarytaninem lub gospodarzem... ale nigdy z samym poszkodowanym! Dlaczego? Łatwiej jest być pomagającym, mającym kontrolę nad życiem i pochylającym się nad słabszymi niż ofiarą, okradzionym, pobitym, biednym, czekającym na pomoc. Łatwiej dać coś niż przyjąć. Bo gdy musimy przyjąć, czujemy się stawiani na niższej pozycji, a tego pycha nie znosi.

Nie wiem, jak to się stało, że zlekceważyłam owe personifikacje pychy i przyjęłam ten miły gest w sklepie. Bo to głównie chodziło o życzliwy gest, a nie jakąś nadzwyczajną pomoc. Przyjęcie tego gestu nie było łatwe. Mimo że uśmiechnęłam się i podziękowałam, miałam poczucie, że jest to niezgodne z moją naturą, z tzw. "honorem". Coś cały czas we mnie krzyczało Nie bierz grosika!. Jednocześnie jestem przekonana, że przyjęcie tego gestu w zestawieniu z moimi wcześniejszymi przemyśleniami o czasie było trudną lekcją pokory. Bóg postawił przede mną lustro, w którym wcale tak fantastycznie nie wyglądałam :)

IV. Post Scriptum

I jeszcze jedna sprawa: bezinteresowność. W szkole średniej na języku polskim dużo dyskutowaliśmy na temat bezinteresowności. Wiele osób w klasie twierdziło, że nie ma prawdziwej bezinteresowności; ludzie są altruistami, ponieważ po zrobieniu czegoś dobrego, sami lepiej się czują. W swoim młodzieńczym idealizmie zawsze denerwowały mnie te dyskusje, bo uważałam, że skoro jesteśmy dziećmi Boga, to musi być w nas zdolność do bezinteresowności, a jednocześnie nie potrafiłam obalić argumentów drugiej strony. 

I teraz nadal nie mam kontrargumentów, ale widzę bezinteresowność w nieco innym świetle. Wiele osób jest zdolnych do bezinteresownej miłości i służby wobec drugiego człowieka. Są to osoby święte (nie w naszej ocenie, bo my często widzimy świat na opak, ale prawdziwie święte.. tak serio serio święte), których relacja z Bogiem, bezpośrednio wpływa na postawę wobec innych. Ich bezinteresowność jest odbiciem doskonałej bezinteresownej miłości Boga do człowieka. Bo tylko Bóg jest zdolny do całkowitej i czystej bezinteresowności.
Jednak ogólnie rzecz ujmując, nasza zdolność do bezinteresowności jest skażona grzechem pychy i chciwości i nic na to nie poradzimy. Jesteśmy grzeszni. Jest jak jest.

Czy to jednak znaczy, że mam nie pomagać, bo moja bezinteresowność nie jest pełna? Czy miałam zostawić panią Izę i jej rodzinę w absurdalnej obawie i obrzydzeniu, że moje intencje nie są czyste, a po prostu chcę pomóc, żeby poczuć się jak bohater? Jak to miałoby wyglądać? "O przepraszam, Pani Izo, muszę spadać, bo nie jestem doskonale bezinteresowna".
Całkowita niedorzeczność. 
Przy każdym nawet najdrobniejszym geście wobec drugiej osoby dobrze jest westchnąć do Boga i powiedzieć: Ja wiem, że to może nie jest bezinteresowne w stu procentach, ale Ty, Panie Boże, uświęć ten gest.






2 komentarze:

  1. Całkowicie się z tym zgadzam!

    Przypomniała mi się też taka historia:

    Pewien brat przyszedł do abby Poimena, mówiąc, że cokolwiek czyni dobrego, demony deprecjonują jego czyn, wmawiając mu że robi to, aby się przypodobać ludziom. Mędrzec opowiedział mu wówczas następującą przypowieść:
    „W pewnej gminie było dwóch rolników: jeden z nich obsiał pole i zebrał plon lichy i zanieczyszczony, drugi zaś zaniedbał zasiewu i nie zebrał zupełnie nic. Gdy głód nadejdzie, który z nich przeżyje?”. Brat odpowiedział: „Ten, który zebrał plon mały i zanieczyszczony”. Starzec rzekł mu wówczas: „Tak i my siejmy to nasze drobne i nieczyste ziarno, żeby w czasie głodu nie zginąć”.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie :) Niemniej, siać trzeba.

      Swoją drogą to ciekawe, że to co Abba Poimen wymyślił 1600 lat temu cały czas jest "odkrywane" w naszych indywidualnych doświadczeniach. Myślę sobie: "Całkiem mądrze to wymyśliłam", a tu niczego nowego nie wymyśliłam. I pewnie przed Poimenem do podobnych wniosków dochodzili jeszcze starożytni Grecy... I jak tu wierzyć w teorię ewolucji? Wcale nie jesteśmy mądrzejsi w tym naszym przeintelektualizowanym XXI wieku. Uff.

      Usuń