piątek, 27 maja 2016

Moje Orvieto

Przyjaciel poeta mówi: „Jedziesz do Włoch, nie zapomnij wpaść do Orvieto”. Sprawdzam w przewodniku: tylko dwie gwiazdki. „Co tam jest?” — pytam. „Wielki plac, na placu trawa i katedra. W katedrze Sąd Ostateczny”. (Zbigniew Herbert "Il Duomo - Orvieto")

Wyobrażam sobie, rozbawione i ironiczne "Co tam jest?" Zbigniewa Herberta. Z pewnością właśnie te dwie gwiazdki w  przewodniku przechyliły szalę i pomogły mu zdecydować, że musi tam koniecznie pojechać - w końcu kto zaufa przewodnikom?

Moje Orvieto zaczęło się od tego eseju Zbigniewa Herberta, ale powędrowało o wiele dalej niż Sąd Ostateczny.

Byłyśmy w Rzymie już czwarty dzień: upał,  duchota i, niestety trzeba o tym wspomnieć, przykry zapach rzymskich ulic już nam zaczęły doskwierać. W czwartek zwiedzałyśmy Watykan z przesympatyczną pielgrzymką zapoznaną dzień wcześniej i miałyśmy ochotę wyjechać za Rzym. Mając cały czas w myślach "Orvieto" Herberta zaczęłam przeglądać strony internetowe w poszukiwaniu dodatkowych informacji. Okazało się, że Orvieto nie tylko jest znane z powalającego przedstawienia Sądu Ostatecznego, ale również mówi się o nim: Citta del Corpus Domini. Oooo... Poczytałyśmy, ile się dało na temat tego miasta i podjęłyśmy decyzję, że piątek spędzimy w oddalonym o 100 km od Rzymu Orvieto.

***

Około godziny 8:00 pociąg zajechał na stację znajdującą się u stóp góry, na szczycie której położone jest Orvieto. Wysiadłyśmy i wciągnęłyśmy powietrze, które okazało się zupełnie inne niż w dusznym Rzymie: ciepłe, ale rześkie i jakby bardziej dynamiczne. Wjechałyśmy funikolą (tak nazwałyśmy woskie kolejki funicolare) do bram miasta powoli budzącego się i leniwie wychodzącego z objęć Morfeusza. Na pustym placu stał autobus, a jego kierowca szykował się do odjazdu. Rozejrzałyśmy się szybko za kioskiem, niestety - jedyna budka w zasięgu wzroku była zamknięta. Za 5 minut miała się rozpocząć poranna msza w Il Duomo. Podbiegłyśmy więc do kierowcy i łamanym włoskim zaczęłam tłumaczyć, że chcemy dotrzeć do katedry, ale nie możemy kupić biletu, na co kierowca zapytał, czy miałyśmy bilet na funikolę, a następnie iście włoskim gestem (czyli machnięciem ręki) kazał nam wsiadać i nie przejmować się takimi drobiazgami. Tak zdążyłyśmy na mszę w mieście Bożego Ciała.

Il Duomo w Orvieto jest ogromne, ale poranna msza odbywa się w skromnej bocznej kapliczce wypełnionej relikwiami. We mszy uczestniczyło kilkanaście osób, które wprowadziły atmosferę niesamowitego skupienia. W katedrze jeszcze nie było turystów, co jeszcze mocniej podkreślało wagę tej godziny. Katolicy we Włoszech są niezwykle otwarci i zawsze na mszach czuję niezwykle dobrze i jakby we właściwym miejscu. Tu też tak było. Starsza włoszka, która siedziała koło mnie kilka razy się uśmiechnęła, a na koniec pogodnie powiedziała "Ciao". Czemu nie? W końcu przez godzinę brałyśmy udział w Uczcie Pańskiej. Czy to już nie powinno wytworzyć więzi?

Na koniec mszy wystawiono korporał. Ten korporał.

***

W 1263 pewien kapłan wybrał się na spacer do Rzymu. 
Wyruszył z Pragi, więc oczywiście spacer nie należał do najkrótszych i miał charakter religijny, możemy go więc określić mianem pielgrzymki. Ów ksiądz Piotr postanowił pielgrzymować do grobów Piotra i Pawła w intencji  swoich własnych problemów duchowych. Pod wpływem szerzących się w Europie herezji dotyczących obecności Chrystusa pod postacią chleba i wina nasz pielgrzym również miał wątpliwości. Pielgrzymka miała na celu zapewne wyproszenie u Boga łaski wiary. Gdy był już bardzo blisko Rzymu (a 30 km od Orvieto), zatrzymał się w niewielkiej miejscowości, Bolsenie, by odprawić mszę przy grobie św. Krystyny. Podczas sprawowania Eucharystii w małej grocie, w chwili konsekracji, Hostia zaczęła krwawić. Krew spłynęła na korporał, obrus ołtarzowy. Przestraszony kapłan chciał szybko schować Ciało i Krew Chrsytusa w zakrystii, wówczas krople krwi spadły również na posadzkę. Według innych podań ks. Piotr tak się przestraszył, że opuścił Hostię na ziemię.

Gdy kapłan zorientował się, że miał do czynienia z cudem eucharystycznym, poinformował o tym papieża Urbana IV. Papież wysłał do Bolseny biskupa Orvieto Giacoma, który zbadał sprawę, wysłuchał relacji świadków i stwierdził, że faktycznie był w tym miejscu cud. Urban IV, który wówczas rezydował w pobliskim Orvieto, wprowadził do miasta Hostię i zakrwawiony korporał w procesji. Urban IV widział potrzebę pokazania tego cudu, żeby wzmocnić wiarę wiernych w czasach głoszonych herezji. To dało początek procesjom Bożego Ciała.

***

Był więc rok 2014, 750-lecie uroczystości Corpus Christi, niecały tydzień przed obchodzonym świętem, a my klęczałyśmy przed starym, poplamionym krwią Pana korporałem, który to wszystko zapoczątkował. Aż trudno było uwierzyć że jest się w tym miejscu, w tym czasie przed tym właśnie relikwiarzem.

Następnie poszłyśmy obejrzeć kaplicę Sądu Ostatecznego. Sądowi trzeba by poświęcić osobny tekst. W każdym razie cała katedra Orvieto robi ogromne wrażenie, dużo większe niż Bazylika św. Piotra i Kaplica Sykstyńska. Może to wynik mniejszej liczby turystów, a może mniejszych upałów, może sugestii Zbigniewa, ale godzina spędzona w kaplicy Sądu Ostatecznego sprawiła, że naprawdę zaczęłam inaczej odbierać księgę Objawienia św. Jana ;) Nie dziwię się już, że ci ludzi średniowiecza tak się Apokalipsy bali! Przedstawienie diabłów porywających grzeszników było tak sugestywne i przerażające. Kolory użyte przez artystę na panelu "Potępienie" z ogromną siłą przemawiają do wyobraźni. Wzrok niemal od razu przykuwa lecący na pierwszym planie demon trzymający na grzbiecie kobietę: jedną ręką chwyta ją w przegubie, a palce drugiej wplata w jej palce. Kobieta w tej scenie nie może się uwolnić. 
Tak zresztą działa grzech – oplata nas i brutalnie nas porywa pod przykrywką przyjemnego, łatwego życia. Tyle że póki nie ma Sądu Ostatecznego zawsze jest wyjście, cień nadziei na zmianę. Bóg, który wyzwala.

***

Po wyjściu z katedry usiadłyśmy na wielkim placu i wdychałyśmy świeże powietrze. Było ciepło, ale już nie tak duszno jak w Rzymie. Na placu rozstawiano scenę i trybuny. Wieczorem miał się odbyć koncert. Całe Orvieto świętowało swój jubileusz.
Mogłyśmy pójść na gelato, mogłyśmy zwiedzić podziemia miasta. Postanowiłyśmy się jednak dowiedzieć, o której wyruszają autobusy do Bolseny. Włoszka w informacji powiedziała, że za pół godziny odjeżdża jedyny bus do Bolseny, a o 17:00 jest powrót jedynego busa. Podniosłyśmy brwi, wyrażając nasze „Hmm.. ryzykownie”… I pojechałyśmy do Bolseny!

Gruby Włoch kierowca przywitał nas i jeszcze jednego pasażera z szerokim uśmiechem i w czwórkę pojechaliśmy do Boleseny. Zostawiliśmy za sobą miasto na górze, zjeżdżając krętymi drogami do średniowiecznego miasteczka nad jeziorem. Chciałyśmy koniecznie odwiedzić miejsce cudu eucharystycznego, ale też grób św. Krystyny, patronki Mamy.

Przyjechałyśmy na czas sjesty, sanktuarium było zamknięte. Usiadłyśmy więc nad jeziorem, zjadłyśmy pizzę z prawdziwym ananasem (nie takim z puszki – prawdziwym!) i chłonęłyśmy spokój Bolseny. Po kilku dniach spędzonych w zatłoczonym, głośnym Rzymie było to jak siedzenie na Hawajach.

Sanktuarium też różniło się od tych rzymskich. Przede wszystkim kościelny chyba był nieprzyzwyczajony do turystów i to jeszcze zza granicy. Niemniej dogadaliśmy się jakoś dzięki naszym podstawom włoskiego i gestykulacji, a jego szczerej chęci zrozumienia  nas. Bardzo się ucieszył z naszej wizyty i pokazał nam grób św. Krystyny znajdujący się w podziemiach. Przy grobie jest mała, niezwykle skromna kaplica znajdująca się w grocie. W kaplicy stoi kamienny ołtarz przy którym ks. Piotr sprawował Eucharystię. Atmosfera miejsca jest niesamowita.

Pomodliłyśmy się więc, kupiłyśmy kilka pocztówek od kościelnego i poszłyśmy szukać transportu do Orvieto. Stres, że bus może nie przyjechać albo że stoimy w złym miejscu (nie było przystanku, czekałyśmy w miejscu, gdzie nam polecił wcześniej kierowca), minął kiedy zobaczyłyśmy ten sam bus i naszego uśmiechniętego kierowcę, który nas do Bolseny zawiózł. Tym razem więcej osób jechało do Orvieto – może około siedmiu. Podróż w drugą stronę była fantastyczna. Jechaliśmy w stronę wzgórza obwarowanego średniowiecznym murem, na którym było kilka domków i majestatyczne gotyckie Il Duomo. Próbowałyśmy zrobić zdjęcie, ale cały czas wychodziły zamazane. Kierowca spojrzał na nas w lusterku wstecznym i odezwał się z mocnym włoskim akcentem.
- You’a wanta take’a photo?
I nie czekając na odpowiedź zatrzymał się przy punkcie widokowym. Wszyscy pasażerowie, turyści, byliśmy nieco zaskoczeni, ale przyjęliśmy ten gest z wdzięcznością i wszyscy wyszliśmy robić zdjęcia. Było to tak integrujące, swojskie i spontaniczne, że więcej nie mogłabym sobie zażyczyć w mojej podróży do Orvieto. Nasz kierowca, który zawiózł nas do Bolseny, zabrał nas z powrotem do Orvieto, teraz zatrzymał się, niczym przewodnik wycieczki i zachęcał do robienia sobie pamiątkowych zdjęć.
To było tak iście włoskie!

Tak, poeto, miałeś rację.
Orvieto. Jest tam plac, a na placu wielka katedra, a w katedrze Sąd Ostateczny. Przerażający Sąd. Ale w innej kaplicy trwa cicho poplamiony Krwią korporał – symbol Miłości, która została z nami. Miłości, która nie chce potępienia, tylko tak bardzo pragnie zmartwychwstania ciał, że po wniebowstąpieniu została z nami przedziwnym ciele, jakim jest chleb i wino.
Ta miłość 752 lata temu dopomniała się o to, żeby ją pokazywać ludziom, których kocha; żeby mogła nam błogosławić; żebyśmy mogli spojrzeć jej w oczy i się uśmiechnąć do niej.

środa, 25 maja 2016

Homo paradoxus

Tacy jacyś dziwaczni ci ludzie XXI wieku...

Denerwują, czekając 5 minut dłużej w kolejce do lekarza, zaś w kolejce do lodów naturalnych mogą stać nawet 30 minut.

Denerwują się, gdy własny rząd chce wprowadzić zmiany, ale bez zastrzeżeń godzą się na tysiące praw nakładanych przez panów w krawatach w Brukseli.

Pytają się nieznajomych internautów z pierwszego lepszego w Google'ach forum, jak posadzić marchewki, a do sąsiada jedynie mrukną pod nosem niewyraźne "dzińdbry"

Starannie planują rodziny, żeby nie było za dużo dzieci, bo to nieekonomiczne i trudne do utrzymania, ale w ciągu jednego roku wpuszczają na przeludniony kontynent setki tysięcy dorosłych, którzy mają nieco większe potrzeby niż pampersy i smok.

Nie wierzą w osobową siłę sprawczą świata, a otwierają dłonie do wróżek.

Są tolerancyjni, ale tylko dla wybranych.

***

Jest też elita:
Spędza godziny, szukając sposobów prowadzenia zdrowego trybu życia... Spędza je siedząc przed komputerem w ciasnych pokojach.

Tak, to ci alternatywni. To ci bardziej uświadomieni, nadzieja na lepsze jutro. Oni nie dadzą dziecku byle czego. Kupią eko. I nie dadzą mu smartphone'a, żeby go nie ogłupiać (bo to inteligentni w przyszłości przetrwają). Dziecko zatem zostanie posłane do przedszkola montessori, żeby się idealnie rozwijało, a rodzic zostanie w domu. 

Usiądzie na kanapie ze swoim smartphone'em i zacznie machać palcem przewijając kolejne strony, wpatrzony w ekranik, próbując zgłębić tajniki szczęśliwego i zdrowego życia. Będzie się uczył życia, będzie szukał informacji w oceanie bez dna... 

Za 50 lat dziecko wraca z przedszkola montessori, a szkielet nadal siedzi na kanapie przewija strony na swoim smartphone'ie.

I tak mądrość ludowa głosi: Przez całe życie uczymy się, jak żyć.

Ale teraz ta mądrość przybrała jakiś niepokojąco dosłowny wymiar...

niedziela, 15 maja 2016

Lecz wy starajcie się o większe dary


Wczoraj podczas tzw. "czuwania przed zesłaniem" kaznodzieja uświadomił mi pewną ciekawą rzecz dotyczącą darów Ducha Świętego. W 12. rozdziale Pierwszego listu do Koryntian, św. Paweł wymienia swoim adresatom te wszystkie dary, które mogą otrzymać, które są potrzebne w Kościele: mądrość, wiara, prorokowanie, dar czynienia cudów...  A na koniec wylewa może niekoniecznie wiadro zimnej wody, ale na pewno garnuszek nie do końca ciepłej wody, pisząc: "Lecz wy starajcie się o większe dary: a ja wam wskażę drogę jeszcze doskonalszą."
I Koryntianie sobie myślą: No hola! To co? To jeszcze nie koniec? Jest coś jeszcze? 
Owszem, jest. A Paweł, chcąc, żeby jego adresaci mieli pełną jasność, rozwiewa ich wątpliwości, pisząc trzynasty rozdział listu do Koryntian.

----

A teraz oddaję głos Mertonowi:

Filozofia, jako nauka abstrakcyjna, mówi o "społeczeństwie" i "dobru ogólnym". Teologia, jako wybitnie konkretna, mówi o mistycznym Ciele Chrystusa i o Duchu Świętym. Istnieje wielka różnica pomiędzy spojrzeniem na życie z punktu widzenia filozofii a teologii.

Dobro ogólne nigdy nie protestuje, gdy je gwałcą. Ale Duch Święty mówi za siebie, argumentuje, protestuje, nakłania i nalega. Dobro ogólne nie porusza naszej woli. Ale "miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który jest nam dany" (Rz 5,5). Dobro ogólne jest zanadto nieokreślone, aby uśmiercić w nas namiętności: nie uczyni niczego, by się przed nim obronić! Ale Duch Święty ogłasza w naszych sercach prawo miłości i samozaparcia, które zabija egoizm i przetwarza nas w nowych ludzi w Chrystusie: "Bo jeśli duchem sprawy ciała umartwicie, żyć będziecie" (Rz 8, 13).

(...) Dobro ogólne nie potrafi nam nic ofiarować poza rodzajem powszechnego kompromisu, w którym korzyści niezliczonych, podobnych do nas istot ludzkich mogą wydać się zrealizowane bez większych konfliktów. Dobro ogólne bez wątpienia poszerza nasze horyzonty, ale tylko w tym celu, by ukazać nam rodzaj syberyjskiego krajobrazu: jest to rozległy, abstrakcyjny step bez żadnych szczególnych rysów, płaski, nizinny i smutny pod zimnym, szarym niebem.

Duch Święty nie tylko poszerza nasze horyzonty. Podnosi nas do zupełnie odmiennego świata, do nadprzyrodzonego porządku, gdzie jako "Duch Obietnicy" objawia nam rzeczy, które są dla nas ukryte w Bogu (...) To, co nam objawia Duch Święty, jest prawdziwym dobrem ogólnym - jest to bowiem nieskończone Dobro, które jest samym Bogiem i w Nim dobrem wszystkich Jego stworzeń. (...)

Jeśli mówią, że Duch Święty jest "dobrem ogólnym" Kościoła, to dlatego, że On  jest także "wspólnym dobrem" Ojca i Syna. On jest więzią pomiędzy nimi i dany nam jest, abyśmy kochali Ojca w synu i byli przez niego kochani tak, jak On miłuje Swego Syna.

Duch Święty urabia w nas "drugiego Chrystusa", dokonując dzieła, które spełnia w duszy Chrystusa: przychodzi do nas jako miłość Ojca i Syna dla nas. Budzi w nas miłość do Ojca w Synu, pociągając nas do Jezusa. " A ducha Bożego rozpoznać można po tym: każdy duch, który wyznaje, że Jezus Chrystus zjawił się w ciele, z Boga jest" (1 J 4, 2).

Najważniejsza rola Ducha Świętego polega więc na wprowadzeniu nas w Tajemnicę Wcielenia i naszego Odkupienia przez Słowo, które stało się ciałem. I nie tylko pozwala nam zrozumieć coś z miłości Boga objawiającej się nam w Chrystusie, ale także skłania nas do życia tą miłością i do doświadczania jej mocy w naszych sercach.(...) Tak więc miłość wlana w nasze serca przez Ducha Świętego prowadzi nas do bliskiego zjednoczenia z Chrystusem. Jedynie przez Ducha Świętego prawdziwie poznajemy i kochamy Jezusa, a przez Niego dochodzimy do poznania i miłości Ojca.

(...)

To nie inaczej jak przez Ducha Świętego kochamy tych, którzy są z nami złączeni w Chrystusie. Im pełniej otrzymaliśmy Ducha Chrystusowego, tym bardziej potrafimy ich kochać; a im lepiej ich miłujemy, tym obficiej otrzymujemy Ducha. A skoro ich kochamy przez Ducha, danego nam przez Jezusa, to jasne jest, że to sam Jezus w nas ich kocha.
Miara miłości jest więc sama w sobie nieskończona, gdyż miłość jest darem Boskiej i nieskończonej Osoby. Ale "konkretną" miarą miłości w naszych duszach jest "miara", jaką otrzymaliśmy od Chrystusa. Następnym pytaniem, na które trzeba odpowiedzieć, będzie więc: "Jak wiele jesteśmy w stanie otrzymać?".

(...)
Pierwsza rzecz, jaką powinniśmy zrobić, rozpoznając obecność łaski Bożej w naszym sercu, to pragnąć większej miary miłości. To pragnienie miłości jest już jej początkiem i od chwili, gdy prosimy o jej zwiększenie, już ona się w nas pomnaża. Samo nasze pragnienie jest zadatkiem jej dalszego wzrostu i rozwoju. A dzieje się to dlatego, że skuteczne pragnienie miłości Boga odwraca nas od wszystkiego, co sprzeciwia się Jego woli.
Przez pragnienie wzrastania w miłości otrzymujemy Ducha Świętego, a ten głód większej jej miary jest już wynikiem otrzymania obfitszego daru. 
 (...)

Chociaż to życie boskie, które udziela się nam w Chrystusie przez Ducha Świętego, jest w swojej istocie tym samym życiem, jakie będziemy prowadzić w niebie - nawet posiadanie go nie może nam dać tu na  ziemi doskonałego pokoju. Chrześcijanin jest z samej istoty wygnańcem na tym świecie, na którym nie mamy stałego miejsca zamieszkania. Sama obecność Ducha Świętego w jego sercu sprawia, że nie może on zadowolić się światowymi i materialnymi wartościami. Nie może pokładać zaufania w rzeczach tego życia. Jego skarb jest gdzie indziej, a tam, gdzie jest jego skarb, tam jest jego serce.

T. Merton, Nikt nie jest samotną wyspą; rozdział: Miara Miłości.

wtorek, 3 maja 2016

Lekcja pokory

I. Wypadek

Przed południem jechałam na lekcje muzyki. Wyjechałam wcześniej, żeby zdążyć. Po drodze coś się jednak zdarzyło.
Jako kobieta mogłabym w szczegółach napisać jakieś 3 arkusze wydawnicze o tym, jak do tego zdarzenia doszło, gdzie doszło, jakie emocje mi towarzyszyły w czasie zdarzenia i po nim... Ale to nie o to chodzi, bo wpis ma być o lekcji pokory. Przejdę więc od razu do centrum zdarzenia: Stałam na środku ścieżki rowerowej, pocieszając małą Amelkę, która wpadła w histerię i krzyczała wniebogłosy. Mama Amelki, Iza, siedziała na ziemi zakrwawiona, w lekkim szoku, ale mimo wszystko przytomna i trzeźwo myśląca, mały Tymek nerwowo chodził tam i z powrotem, a ojciec dzwonił z mojej komórki po karetkę. Całą czwórkę poznałam dwie minuty wcześniej. Iza dość niefortunnie spadła z roweru i nie było opcji, żeby o własnych siłach wróciła do domu.

Czekaliśmy więc na karetkę i odniosłam wrażenie, że rodzina z jednej strony chciała mojej obecności (zwłaszcza, że miałam komórkę), a z drugiej - jakby byli skrępowani, że zabierają mi czas. To skrępowanie niemal mnie uraziło. Po pierwsze, jestem wolną osobą i mogę rozporządzać moim czasem swobodnie, a nie być obrzydliwie kapitalistycznie od niego uzależnioną. To pewne dobro, którym ja mogę zarządzać, a nie odwrotnie. Ludzie zatem powinni to uszanować i przyjąć mój czas, skoro chcę im go dać. Po drugie, chciałam pomóc. Bo tak już jest. Ktoś leży, ktoś ma problem, to inni powinni pomóc! I to jest jasne i naturalne.
Wyjaśniłam więc delikatnie, ale stanowczo, że zostanę, bo lepiej, żeby było dwoje ludzi dorosłych przy poszkodowanej.

Bezinteresowna pomoc? Może...

II. Grosik

Po południu wracałam z muzyki i skoczyłam do sklepu budowlanego, żeby kupić farbę koloru "Słoneczne Sari" (czyli żółtego). Przy kasie pani poprosiła o 6 groszy. Zaczynam grzebać w portfelu, a pani kasjerka od razu wydała mi resztę, jakby z góry założyła, że znajdę te sześć groszy. Pokręciłam głową i położyłam na taśmie pięciogroszówkę. 

- Nie będzie sześciu, mam tylko piątkę.

I nagle czyjaś dłoń dołożyła grosik do mojej pięciogroszówki !

Odwróciłam się. Za mną w kolejce stała kobieta w średnim wieku z nastoletnią córką. Matka tylko wzruszyła ramionami i parsknęła śmiechem, zdumiewająco rozbawiona całą sytuacją. Jakby chciała powiedzieć "Jeden grosz? A co mi tam! Masz, dziewczyno, grosz". Uśmiechnęłam się i podziękowałam.

Tak to oczywiście wyglądało z zewnątrz, bo nikt nie byłby w stanie dostrzec, jak lawa niemal wykipiała z mojego aktywnego w tym momencie wulkanu pychy. Moje podziękowanie i przyjęcie grosika być może stanowiło jakąś próbę powstrzymania erupcji. Bo w ułamku sekundy przed podziękowaniem przez moją głowę przebiegły małe personifikacje pychy, które wykrzykiwały hasła, rzekomo mające służyć zachowaniu mojej godności:
- Co? Obca baba ma ci pieniądze dawać?
- Kto ty jesteś? Cyganka?
- To jakiś żart...
- To nie twój grosz, nie bierz.
- Oszalałaś? Masz pieniądze, kasjerka może ci wydać inaczej.
- Jeśli masz choć trochę honoru, nie weźmiesz tego...
- To jak żebractwo, a fe!

To trwało ułamek sekundy, a uświadomiłam sobie ów mętlik w głowie dopiero po wyjściu ze sklepu. Dopiero wracając i analizując sytuację, zdałam sobie sprawę z tego, że część mnie wcale nie chciała tego grosika przyjąć.

III. Paradoks

Parę godzin wcześniej oburzałam się, że rodzina skrępowana była tym, że oddaję im mój czas (jakże cenny zresztą; czas to część ziemskiego życia, której nikt nam nie zwróci). Teraz zaś, nie potrafiłam jednego grosza przyjąć od obcej osoby. 

Czasami łatwiej jest dać, niż przyjąć. Biskup Ryś kiedyś napisał, że w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie utożsamiamy się raczej z osobami, które przechodziły obok poszkodowanego, czasem z Samarytaninem lub gospodarzem... ale nigdy z samym poszkodowanym! Dlaczego? Łatwiej jest być pomagającym, mającym kontrolę nad życiem i pochylającym się nad słabszymi niż ofiarą, okradzionym, pobitym, biednym, czekającym na pomoc. Łatwiej dać coś niż przyjąć. Bo gdy musimy przyjąć, czujemy się stawiani na niższej pozycji, a tego pycha nie znosi.

Nie wiem, jak to się stało, że zlekceważyłam owe personifikacje pychy i przyjęłam ten miły gest w sklepie. Bo to głównie chodziło o życzliwy gest, a nie jakąś nadzwyczajną pomoc. Przyjęcie tego gestu nie było łatwe. Mimo że uśmiechnęłam się i podziękowałam, miałam poczucie, że jest to niezgodne z moją naturą, z tzw. "honorem". Coś cały czas we mnie krzyczało Nie bierz grosika!. Jednocześnie jestem przekonana, że przyjęcie tego gestu w zestawieniu z moimi wcześniejszymi przemyśleniami o czasie było trudną lekcją pokory. Bóg postawił przede mną lustro, w którym wcale tak fantastycznie nie wyglądałam :)

IV. Post Scriptum

I jeszcze jedna sprawa: bezinteresowność. W szkole średniej na języku polskim dużo dyskutowaliśmy na temat bezinteresowności. Wiele osób w klasie twierdziło, że nie ma prawdziwej bezinteresowności; ludzie są altruistami, ponieważ po zrobieniu czegoś dobrego, sami lepiej się czują. W swoim młodzieńczym idealizmie zawsze denerwowały mnie te dyskusje, bo uważałam, że skoro jesteśmy dziećmi Boga, to musi być w nas zdolność do bezinteresowności, a jednocześnie nie potrafiłam obalić argumentów drugiej strony. 

I teraz nadal nie mam kontrargumentów, ale widzę bezinteresowność w nieco innym świetle. Wiele osób jest zdolnych do bezinteresownej miłości i służby wobec drugiego człowieka. Są to osoby święte (nie w naszej ocenie, bo my często widzimy świat na opak, ale prawdziwie święte.. tak serio serio święte), których relacja z Bogiem, bezpośrednio wpływa na postawę wobec innych. Ich bezinteresowność jest odbiciem doskonałej bezinteresownej miłości Boga do człowieka. Bo tylko Bóg jest zdolny do całkowitej i czystej bezinteresowności.
Jednak ogólnie rzecz ujmując, nasza zdolność do bezinteresowności jest skażona grzechem pychy i chciwości i nic na to nie poradzimy. Jesteśmy grzeszni. Jest jak jest.

Czy to jednak znaczy, że mam nie pomagać, bo moja bezinteresowność nie jest pełna? Czy miałam zostawić panią Izę i jej rodzinę w absurdalnej obawie i obrzydzeniu, że moje intencje nie są czyste, a po prostu chcę pomóc, żeby poczuć się jak bohater? Jak to miałoby wyglądać? "O przepraszam, Pani Izo, muszę spadać, bo nie jestem doskonale bezinteresowna".
Całkowita niedorzeczność. 
Przy każdym nawet najdrobniejszym geście wobec drugiej osoby dobrze jest westchnąć do Boga i powiedzieć: Ja wiem, że to może nie jest bezinteresowne w stu procentach, ale Ty, Panie Boże, uświęć ten gest.