niedziela, 13 grudnia 2015

Roraty

Byłam na roratach w katedrze przed świtem. Zasadniczo istnieją tylko dwa sposoby, żeby zdążać na czas: można wyjść wcześniej lub biec z wywalonym językiem. Ja raczej wybieram drugą opcję. Wpadłam na pierwsze "Pan z Wami" i zajęłam miejsce z tyłu, wysapując "I z d'chem Tw'im". W ławce była tylko jeszcze jedna osoba: bezdomna, która spokojnie przespała całą mszę. Ja zaś zgrzana stopniowo zaczęłam odczuwać chłód, który jest stałym lokatorem naszej gotyckiej świątyni. Skończyła się msza. Popatrzyłam na zegarek: jeszcze pół godziny do zajęć... "Tu wprawdzie zimno, ale na dworze tropików nie ma. Będzie gorzej. Brrr. Zostanę więc jeszcze chwilę".

Wszyscy wyszli, a my siedzimy: ja i bezdomna kobieta. Ja w moim czerwonym, wełnianym płaszczyku. Ona w kurtce z kontenera. Ja z plecakiem zawalonym książkami i laptopem. Ona z dziurawą torbą pełną rzeczy potrzebnych do przetrwania. Ja - młoda. Ona - stara. Ja nerwowo patrzę na zegarek, sprawdzając, ile jeszcze mam czasu do zajęć. Ona spokojnie śpi, jakby zadowolona, że znalazła wreszcie ciepłe miejsce.

Żadna z nas się nie modli.

Obie grzejemy się w katedrze.

W gruncie rzeczy niewiele nas różni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz