Ostatnio koleżanka (przemiła osoba, a na dodatek bardzo dobrze wychowana) opowiadała, że w szkole śpiewu, do której uczęszcza, prowadzący, tłumacząc, jak radzić sobie ze stresem w czasie występu, zalecał, żeby nie dziękować widowni po piosence.
Eeee... hę?!
- Nie dziękować? - pytam.
- No tak. Mówi, że nie ma co dziękować, skoro to my śpiewamy dla nich... Oni mają nam dziękować.
Hmm. I w taki sposób artyści migrują do Strefy Och Ech zamieszkałej przez tysiące klonów o wdzięcznym imieniu: Maestro.
Jak ja, występując na scenie, miałabym być lepsza od słuchaczy? Jasne, mam coś do zaoferowania, ale gdyby nie słuchacze, nikt by ode mnie tego podarunku nie wziął.
Krótki akt komunikacji pod koniec występu, w którym jedna strona dziękuje oklaskami, a druga werbalnie wyraża wdzięczność, to subtelne zjawisko, w którym istnieje tylko jedno słowo: Dziękuję. To słowo tworzy relacje. Nie chodzi o to, że jedna ze stron uczyniła coś niesamowitego dla drugiej. Nie. Śpiewak wyśpiewał, słuchacz wysłuchał. A pod koniec szepnęli sobie "dziękuję", co stworzyło nową serdeczną więź.
Krótki akt komunikacji pod koniec występu, w którym jedna strona dziękuje oklaskami, a druga werbalnie wyraża wdzięczność, to subtelne zjawisko, w którym istnieje tylko jedno słowo: Dziękuję. To słowo tworzy relacje. Nie chodzi o to, że jedna ze stron uczyniła coś niesamowitego dla drugiej. Nie. Śpiewak wyśpiewał, słuchacz wysłuchał. A pod koniec szepnęli sobie "dziękuję", co stworzyło nową serdeczną więź.
Czemu mielibyśmy rezygnować z tej relacji?
Jeszcze jedna smutna myśl przychodzi mi do głowy. Być może takie postawy w świecie artystycznym bardziej się uaktywniają, ale chyba nie dotyczą tylko tej warstwy. Słowo "dziękuję" jest postrzegane obecnie jako uniżenie, upokorzenie, a nie narzędzie uprzejmej komunikacji. Dziękujemy dopiero, gdy jest naprawdę za co. Przez to nie kształtujemy w sobie wdzięczności za drobne gesty. Przez to potrzebujemy coraz więcej i więcej. Już małe rzeczy nas nie zaspokajają. Wiem, że powinnością mężczyzny jest przepuszczenie mnie w drzwiach, ale czy naprawdę korona mi z głowy spadnie jak mu za tę uprzejmość podziękuję?
Wydaje mi się, że podobnej deprecjacji doświadczają Proszę i Przepraszam. Szkoda. Często nazywa się te słowa magicznymi. Nie chodzi o rodzaj okultyzmu czy praktyki neopogańskie, a raczej zdumienie, w które te trzy słowa wprawiają człowieka. Bo to rzeczywiście zdumiewające, że jedno skromne słowo może wpływać relację między ludźmi. Serio serio.
PS. Ponieważ dzisiaj jest dość niejednoznaczny dzień, chciałam tylko dodać, że ten wpis jest w pełni zgodny z moim światopoglądem. Ja naprawdę tak uważam ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz