czwartek, 28 kwietnia 2016

piątek, 22 kwietnia 2016

even when it makes no sense to sing




Take this fainted heart
Take these tainted hands
Wash me in Your love
Come like grace again

Even when my strength is lost
I'll praise You
Even when I have no song
I'll praise You
Even when it's hard to find the words
Louder then I'll sing Your praise

I will only sing Your praise
I will only sing Your praise
I will only sing Your praise

Take this mountain weight
Take these ocean tears
Hold me through the trial
Come like hope again

Even when the fight seems lost
I'll praise You
Even when it hurts like hell
I'll praise You
Even when it makes no sense to sing
Louder then I'll sing Your praise

I will only sing Your praise
I will only sing Your praise
I will only sing Your praise



And my heart burns only for You

You are all You are all I want
And my soul waits only for You
And I will sing till the morning has come

Lord my heart burns only for You
You are all You are all I want
And my soul waits only for You
And I will sing till the miracle comes

I will only sing Your praise
I will only sing Your praise
I will only sing Your praise

Even when the morning comes
I'll praise You
Even when the fight is won
I'll praise You
Even when my time on earth is done
Louder then I'll sing your praise

I will only sing Your praise

niedziela, 17 kwietnia 2016

wtorek, 12 kwietnia 2016

piątek, 1 kwietnia 2016

Dziękuję

Ostatnio koleżanka (przemiła osoba, a na dodatek bardzo dobrze wychowana) opowiadała, że w szkole śpiewu, do której uczęszcza, prowadzący, tłumacząc, jak radzić sobie ze stresem w czasie występu, zalecał, żeby nie dziękować widowni po piosence.

Eeee... hę?!

- Nie dziękować? - pytam.

- No tak. Mówi, że nie ma co dziękować, skoro to my śpiewamy dla nich... Oni mają nam dziękować.

Hmm. I w taki sposób artyści migrują do Strefy Och Ech zamieszkałej przez tysiące klonów o wdzięcznym imieniu: Maestro.
Jak ja, występując na scenie, miałabym być lepsza od słuchaczy? Jasne, mam coś do zaoferowania, ale gdyby nie słuchacze, nikt by ode mnie tego podarunku nie wziął.

Krótki akt komunikacji pod koniec występu, w którym jedna strona dziękuje oklaskami, a druga werbalnie wyraża wdzięczność, to subtelne zjawisko, w którym istnieje tylko jedno słowo: Dziękuję. To słowo tworzy relacje. Nie chodzi o to, że jedna ze stron uczyniła coś niesamowitego dla drugiej. Nie. Śpiewak wyśpiewał,  słuchacz wysłuchał. A pod koniec szepnęli sobie "dziękuję", co stworzyło nową serdeczną więź.
Czemu mielibyśmy rezygnować z tej relacji?


Jeszcze jedna smutna myśl przychodzi mi do głowy. Być może takie postawy w świecie artystycznym bardziej się uaktywniają, ale chyba nie dotyczą tylko tej warstwy. Słowo "dziękuję" jest postrzegane obecnie jako uniżenie, upokorzenie, a nie narzędzie uprzejmej komunikacji. Dziękujemy dopiero, gdy jest naprawdę za co. Przez to nie kształtujemy w sobie wdzięczności za drobne gesty. Przez to potrzebujemy coraz więcej i więcej. Już małe rzeczy nas nie zaspokajają. Wiem, że powinnością mężczyzny jest przepuszczenie mnie w drzwiach, ale czy naprawdę korona mi z głowy spadnie jak mu za tę uprzejmość podziękuję?

Wydaje mi się, że podobnej deprecjacji doświadczają Proszę i Przepraszam. Szkoda. Często nazywa się te słowa magicznymi. Nie chodzi o rodzaj okultyzmu czy praktyki neopogańskie, a raczej zdumienie, w które te trzy słowa wprawiają człowieka. Bo to rzeczywiście zdumiewające, że jedno skromne słowo może wpływać relację między ludźmi. Serio serio.






PS. Ponieważ dzisiaj jest dość niejednoznaczny dzień, chciałam tylko dodać, że ten wpis jest w pełni zgodny z moim światopoglądem. Ja naprawdę tak uważam ;)