niedziela, 28 lutego 2016

Niedzielny leń


Dawno temu, w odległej galaktyce w czasie przygotowań do Pierwszej Komunii Świętej i spowiedzi katecheci mnie nauczyli szeregu potencjalnych grzechów, które mogą zdarzyć się ośmiolatkom i o które warto siebie zapytać w rachunku sumienia. Wśród nich oczywiście było "niesłuchanie rodziców", "pyskowanie nauczycielom" "nieustępowanie babci w tramwaju", ale też... lenistwo!

Tak jakoś jest, że z wiekiem arsenał naszych potencjalnych grzechów dziwnie się poszerza, ale również niektóre tracą ważność lub zmieniają swoją formę. To zawsze spowiedników bawi, jak dorosła osoba idzie do spowiedzi i wyznaje, że nie słuchała rodziców... którzy dawno już "odeszli do Bozi". No zabawne. 

Lenistwo też jest jednym z tych grzechów, które przybierają współcześnie inny kształt. Jak obserwuję znajomych, mogę wskazać niewielu naprawdę leniwych. Raczej wszyscy mają miliony zajęć w tygodniu, w niedzielę zaś trochę mniej, ale też niedzielny grafik jest zajęty, bo należy wszystkie zaległości interpersonalne z tygodnia nadrobić, a więc trzeba (!) spędzić trochę czasu z rodziną i znajomymi. Gdzieś też musimy jeszcze wcisnąć tę godzinę na mszę świętą, ale to się zrobi - w mieście są takie półgodzinne w niedzielę. Dla zapracowanych mieszczuchów. I nasz niedzielny odpoczynek sprowadza się do symbolicznego czerwonego koloru w jednym słupku w kalendarzu.

Czy nic-nie-robienie zawsze jest lenistwem? Okazuje się, że czasem nic-nie-robienie/odpoczynek wymaga większego wysiłku związanego z wyjściem z tego bezmyślnego tańca - wiru codziennych zajęć. Nie oddzielamy już czasu pracy i odpoczynku w ciągu dnia. Po co pracować do 17:00 skoro po 17:00 też można coś "pożytecznego" robić.

Niedawno w wiadomościach mówiono o śmierci wyjątkowego pisarza. W "Zapiskach na pudełku od zapałek" Umberto Eco kiedyś pisał o naszej europejskiej niedzieli. Wprawdzie z przymrużeniem oka i lekkimi uśmiechami patrzymy na żydowskie przywiązanie do wszystkich zasad dotyczących soboty (liczenie kroków itp.), jednak autor stwierdza, że dzięki tej skrupulatności żydzi zachowali świętość swojego dnia siódmego. Światli i kapitalistyczni Europejczycy z kolei w duchu humanitarnej filozofii przez wieki przesuwali granice tego, co można robić w niedzielę. Najpierw tylko służby publiczne (te niezbędne) mogły pracować w niedziele. Następnie to pojęcie w zadziwiający sposób poszerzyło zakres. Obecnie służbami publicznymi są również pracownicy kin, restauracji, kawiarni... Oczywiście: nie chodzi o zarobek, tylko o służbę. No hola! Jak służba, to chyba powinna być za darmo.

W zasadzie nie musimy korzystać ze "służb publicznych". Czy ta kawiarnia jest niezbędna? Może pójdę na spacer podziwiać świat, który będzie stwarzany przez kolejne dni? Albo zaparzę sobie kawę, usiądę z książką i będę delektowała się chwilami, które tak często w natłoku zajęć uciekają nam. Niby desperacko staramy się zatrzymać czas, ale cały czas zwiększamy tempo. 
Czy komórka jest potrzebna w niedziele? Czy Internet jest potrzebny? (wiem, piszę to w niedzielę - ach ta hipokryzja). Żeby Internet funkcjonował, ludzie muszą pracować. Może to nie w piątek należy rezygnować z Internetu, a w niedzielę? Może to bardziej uzasadnione?
Wreszcie czy te spotkanie też są niezbędne? Mówi się, że niedziela jest dla rodziny. To niewątpliwie prawda, ale czy świętowanie niedzieli  przede wszystkim nie polega na spotkaniu z Nim? 

Dlatego w Wielki Post szczególnie zachęcam do świętowania niedzieli. 
Takiego najprostszego: z kawą, książką i Przyjacielem.















sobota, 13 lutego 2016

Najlepszy szofer

Każdy, kto kiedyś miał lub ma chorobę lokomocyjną usłyszał kiedyś słowa: "Zrób prawko - za kierownicą jest ok"

A ja będę się upierać, że to wcale nie chodzi o miejsce mojego siedzenia w aucie, ale o milion innych czynników, a przede wszystkim - o szofera.

Jak wybieram się w podróż, sprawdzam trasę. Jeśli widzę kręte i wyboiste drogi, na pewno wolę się pojechać pociągiem. Właściwie samochodem lubię tylko na trasie A4: jest prosto, gładko.. mogę nawet czasem coś poczytać!

A kierowca? Nie lubię tych nieodpowiedzialnych, pędzących tylko po to, by się popisać. Nie lubię też tych, którzy nie wierzą w moją chorobę lokomocyjną. Kiedyś jechałam ze świetnym kierowcą. Niestety, droga była tak pokręcona, że mimo ostrożnej, spokojnej jazdy nie dawałam rady. Starałam się jednak tego nie okazać. Przypieczętowaniem geniuszu kierowcy (w mojej ocenie) był moment, kiedy 15 km przed celem nie wytrzymałam i wycedziłam: "Muszę wysiąść", a on natychmiast zatrzymał samochód i powiedział, żebym dała sobie tyle czasu, ile potrzebuję. Wow! Większość powiedziałaby: No co ty.. to już niedaleko, przecież chyba wytrzymasz.


źródło:http://amorefieldlife.com/2012/06/30/the-day-my-son-was-braver-than-me/

Życie. 
Przez życie nie da się przejść bez choroby lokomocyjnej. Jest często zbyt pogmatwane, dziwaczne. Drogi wydają się wyboiste i jakieś takie pokręcone. Większość osób leczy tę chorobę lokomocyjną, siadając za kierownicą. Myślą, że ta pozorna kontrola nad życiem sprawi, że choroba odejdzie. Eee? Kontrola okazuje się jedynie znieczuleniem, a drogi nie przestają być pokręcone. Wymagają większej koncentracji, częstego i gwałtownego hamowania; wywołują stres... I okazuje się, że my, chorzy lokomocyjnie ludzie, wcale nie jesteśmy dobrymi kierowcami.

A może warto zostać na miejscu pasażera? I znaleźć, tak po prostu, najlepszego kierowcę...?

Bóg gładko prowadzi samochód. Przyspiesza kiedy trzeba, zwalnia, czasem gwałtownie zahamuje, ale nieustannie z troską w lusterku zerka na pasażera. Niekiedy zaproponuje przerwę, każe wysiąść, odetchnąć świeżym powietrzem. Bóg nie jest milczącym szoferem. Zagaduje, pyta, opowiada, żartuje, pokazuje przesuwający się za oknem krajobraz i zwraca naszą uwagę na klucze gęsi na niebie.

"Drogi Pana są proste: kroczą nimi sprawiedliwi, lecz potykają się na nich grzesznicy" (Oz 14,9)



To wspaniała rzecz, kiedy potrafimy po prostu usiąść na tylnym siedzeniu i pozwolić Bogu kierować samochodem.